Wszystko co istnieje ma swoje przeciwieństwa, drugie
bieguny, wzajemne odniesienie.
Przeciwieństwa są
przeciwieństwami dlatego, że mają przeciwieństwa, że istnieją oba. Sam fakt ich
współistnienia musi wytwarzać dążenie do równowagi, bo w wypadku totalnej
nierównowagi, czyli w wypadku antagonizmu, czyli unicestwienia strony
opozycyjnej, oba przeciwieństwa przestają istnieć naraz, a wraz z tym i cały
układ. Teoria antagonizmu przeciwieństw jest nielogiczna.
Konsekwencją przeciwieństw-biegunów jest ich współzależność
i współpraca, czyli funkcją jest RÓWNOWAGA względna, dążenie do równowagi.
Przeciwieństwa istnieją dzięki istnieniu równowagi, równowaga istnieje dlatego,
że istnieją przeciwieństwa.
Nie przeczy to dynamizmowi rozwoju i ewolucji. Nie przeczy
to zmianie. Bo równowaga idealna jest również niemożliwa, istnieje zawsze RUCH,
dążenie do równowagi, równowaga względna, równowaga dynamiczna.
Świat jest jedną wielką różnorodnością, jest ruchem, jest
nieskończoną ilością stosunków energetycznych. Wszystko co jest, tworzy jakąś
proporcję energii. Nie ma dwóch jednakowych proporcji, a ewolucja polega na
ciągłym dobieraniu się, tworzeniu się coraz innych stosunków, ciągle nowej,
lepszej organizacji układów materialnych. Jest to możliwe tylko w warunkach
równowagi dynamicznej, która daje możliwości wyboru i reprodukowanie
różnorodności. Tworzenie tej różnorodności jest wynikiem ruchów fluktuacyjnych,
które sprawiają że układy nigdy nie są w pełni zrównoważone, a ich równowaga
jest tylko względna. Równowaga idealna, tak jak i unicestwienie przeciwieństw,
byłaby zatrzymaniem ruchu i zniszczeniem układu. Dążenie do równowagi jest
ROZWOJEM, jest ewolucją, jest PRACĄ.
W stosunkach
społecznych sprzeczności między ludźmi, czy grupami ludzi, są albo nieusuwalne
i wtedy nie są to sprzeczności, lecz konieczności, lub są usuwalne, a wtedy nie
są to sprzeczności, lecz trudności, czyli PRACA DO WYKONAMA. Wynika z tego, że
żadnych sprzeczności ani antagonizmów obiektywnych nie ma. Istota konieczności,
jak i trudności jest względna, tak w treści, jak i w czasie i przestrzeni, co
znaczy że trwa ciągły ich ruch i zmiany, a więc konieczności przeradzają się
pod wpływem takich czy innych uwarunkowań w trudności i odwrotnie, co jest
również dowodem na to, że ani żadnych sprzeczności, ani antagonizmów nie ma.
Sprzeczności
usuwalne, czyli praca do wykonania powoduje konieczność wybierania, która jest
również poszukiwaniem równowagi. Konsekwencją pracy jest ciągły wybór, w
związku z czym możliwości wyboru stają się koniecznością. Czym większe
możliwości wyboru, tym bardziej intensywny staje się rozwój. Systemy społeczne
ograniczające możliwości wyboru ograniczają tym samym swój rozwój i możliwości
pracy. A zatem, imperatywem rozwoju jest optymalna WOLNOSĆ. Czym więcej
wolności, tym więcej sprzeczności-trudności, bo czym więcej sprzeczności
usuwalnych, tym więcej pracy, czyli tym większy rozwój.
PRACA JEST ROZWOJEM i warunkiem koniecznym i niezbędnym do
rozwoju. Praca i wynikające z niej wybory, a nie walka i konflikty
ograniczające możliwości wyboru, powoduje rozwój społeczny i POSTĘP.
PRACA I ŻYCIE JEST CIĄGŁYM WYBOREM. Nie tylko człowiek,
lecz wszystko co żyje, fauna, flora, nawet najmniejsza żywa komórka, ma jakieś
pole manewru, które wykorzystuje do decydowania, czyli wybierania, wybierania
zawsze mniejszego zła, wybierania wzbogacania i przedłużania swego życia.
System społeczny może funkcjonować tylko w określonym
ładzie społecznym, ale tylko system społeczny gwarantujący optymalne możliwości
wyboru umożliwia rozwój, tak na poziomie jednostki, jak i zbiorowości.
A więc nie
antagonizm, czyli nie walka przeciwieństw, jest źródłem rozwoju, lecz usuwanie
sprzeczności usuwalnych, czyli usuwanie trudności zmuszające do wyboru i pracy.
Walka jest tylko pozorna, z urojonym wrogiem, a antagonizmu nie ma wcale, bo
unicestwienie strony opozycyjnej pociąga za sobą unicestwienie całego układu
przeciwieństw. Społeczeństwa walczące z wiatrakami, opanowane maniami
prześladowczymi, to społeczeństwa cofające się w rozwoju.
Stwierdzanie
walki przeciwieństw jest dzieleniem czegoś co jest nierozdzielne, jest
kształtowaniem formy religijnej, lub bezsensownej abstrakcji. Oddzielanie pracy
od kapitału (narzędzi), proklamowanie walki klas itp. to tworzenie nowej
religii objawionej. Fakt, że "prawda polega tylko na ich (refleksji)
wzajemnym do siebie odniesieniu, a więc na tym, że każde z nich w samym swoim
pojęciu zawiera inne" (Hegel -- za SPINOZĄ) jest dowodem, że w
rzeczywistości nie ma KAPITALIZMU ani SOCJALIZMU, że nie ma WYZYSKU i WALKI
KLAS, że nie istnieją KLASY, a tylko wszędzie istnieje trzecia siła, to jest
RÓWNOWAGA. W społeczeństwie tak jak i w biologii każdy podmiot
"wyzyskuje" i każdy podmiot jest "wyzyskiwany", czyli ten
rzekomy wyzysk znosi się wzajemnie i obowiązuje równowaga względna.
Podnoszenie się
możliwości adaptacyjnych społeczeństwa, czy jednostki, jest możliwe tylko w
warunkach podnoszenia się możliwości wyboru i rozwoju pracy, czyli możliwości
usuwania sprzeczności usuwalnych i honorowania, akceptowania, sprzeczności
nieusuwalnych, czyli konieczności.
Jeśli to co
konieczne nie może być myślane, oceniane inaczej, to sprzeczność, czyli to co z
"konieczności" odzwierciedla się w "sprzecznych
orzeczeniach", w przeciwstawnych wypowiedziach, nie z konieczności jest
faktem, nie z konieczności jest sprzecznością, lecz z subiektywnych form oceny
tych konieczności. Konieczności powinny być oceniane jako konieczności, a nie
jako sprzeczności. Czyli pojęcie "sprzeczności" zwłaszcza
"dialektycznych", zostało stworzone dla potrzeb politycznych, na
użytek "praktyki rewolucyjnej". Dialektyka wprzęgnięta w
"praktykę rewolucyjną" to system pseudonaukowy, pseudofilozoficzny,
przy pomocy którego wszystko i zawsze wykręcić można "kota ogonem".
Dialektyka materialistyczna, rzekoma metoda umożliwiająca przekraczanie logiki
klasycznej to nic innego jak "cel uświęca środki" w filozofii i
ideologii marksistowskiej, to "sztuka możliwości" takiego zaczarowania
odbiorcy, aby nic z tego i nie rozumiał i nie mógł się do tego przyznać, a więc
jest to metoda narzucania swej supremacji, sztuczka magiczna, którą można też
sprowadzić do intelektualnego poniżania ofiary. Konsekwencje polityczne są
straszliwe. Na takiej to "sprzeczności" dialektycznej opiera się od
70 lat polityczna tragedia ludzkości. Widzenie rzeczywistości jako procesu
sprzeczności charakterystyczne dla marksizmu, jest widzeniem, czyli nie
procesem rzeczywistości, lecz procesem świadomości marksistowskiej. Wszystkie
kategorie filozoficzne są dwoiste, czyli wg nich "sprzeczne", bo dają
się odczytywać w obie strony. Filozofia w sensie marksistowskim to naukowe
badanie uniwersalnych stosunków pomiędzy myślą a bytem, jest dialektyczną
jednością tych dwóch stron, a następnie czterech, bo każda strona (byt - myśl)
znów jest dwoista, sprzeczna, i tak dalej do kwadratu powstaje nieskończoność
sprzecznych, konfliktowych stron, których "różnica zawarta jest w
dialektycznej jedności". Jest to bardzo wygodne, polityczne widzenie,
"filozoficzne", "naukowe" tworzenie walki rewolucyjnej.
Dwie strony medalu do niedawna utożsamiali ze sprzecznością, sprzeczność z
konfliktem, konflikt z antagonizmem, ale gdy zabawa staje się zbyt bezpośrednio
niebezpieczna, gdy podjudzać do MORDU już nie można, to znajdują filozoficzną,
dialektyczną "różnicę zawartą w jedności" (np. "pokojowe
współistnienie jako wyższe stadium „walki klas"). Magicy wyciągający
gołębia z rękawa. Filozofowie. Naukowcy. Materialiści. Sprzeczność
formalnologiczną (nie-logikę) w swoich mózgach pomiędzy żądzą upokorzenia
innych "zdroworozsądkowych wymądrzycieli", a swymi możliwościami,
utożsamiają z tworzonymi przez siebie antagonizmami rzeczywistości. Oczywisty
fakt istnienia świata nie jest dla nich dowodem jego harmonii i równowagi,
czyli błędności ich antagonistycznych teorii, lecz inspiracją do jego zmiany wg
ich "materialistycznych" wizji, czyli do zniszczenia starego śmiecia.
Klasy i grupy społeczne tworzone są przez ludzi, a więc ludzie są również w
stanie je rozmontowywać, i ustawicznie przecież to się dzieje, bo przecież
wszystko jest procesem, ale nie wg marksizmu dialektycznego, stwierdzającego
SPRZECZNOŚĆ I KONFLIKT NIE DO POGODZENIA, możliwy do usunięcia tylko wraz ze
zniszczeniem struktury, a nawet całego społeczeństwa.
Sprzeczności i konflikty nie do pogodzenia nigdy nie
istnieją, bo gdyby istniały, świat by nie istniał. Sprzeczności antagonistyczne
są wytworem tylko i wyłącznie naszych mózgów, są błędem sztuki myślenia.
Realność wynika ze współpracy i współzależności wszystkiego ze wszystkim.
Eugeniusz Duhring przyjmując w 1874 roku w swej Filozofii
Rzeczywistości że, "sprzeczne to kategoria możliwa tylko w kombinacji
myślowej, ale nie w rzeczywistości. W rzeczach nie ma sprzeczności, czyli
innymi słowy, sama realnie założona sprzeczność jest szczytem
niedorzeczności" (Anty-Duhńng Engelsa) miał oczywiście rację. W rzeczach
nie ma sprzeczności i dlatego są rzeczy. Wieża Eifla stoi tylko dlatego, że
jest bezbłędna. Atom jest atomem dzięki brakowi sprzeczności w sobie.
Sprzeczność nie jest kategorią materialistyczną, lecz idealistyczną, której
zawsze błędna, bo broniąca się przed niebytem, myśl jest źródłem. Engels
przyznaje brak sprzeczności w rzeczach "w stanie spoczynku i
martwoty", ale w materii w ruchu widzi samą sprzeczność i stwierdza:
"sam ruch jest sprzecznością, .... ciało znajduje się w jednym, a
równocześnie w innym miejscu, znajduje się w jednym i tym samym miejscu i nie
znajduje się w nim. To nieustanne wywoływanie i jednoczesne rozwiązywanie tej
sprzeczności stanowi właśnie ruch." Duhring na to: "dotąd w ogóle nie
ma "w racjonalnej mechanice mostu między stanem ściśle statycznym a stanem
dynamicznym." A Engels na to: "Teraz czytelnik widzi nareszcie, co
się kryje za tym ulubionym zwrotem pana Duhringa; nic innego jak to, że
metafizycznie myślący umysł nijak nie potrafi przejść od idei spoczynku do idei
ruchu, gdyż zamyka mu drogę wspomniana wyżej sprzeczność. Ruch właśnie dlatego,
że jest sprzecznością, jest dlań po prostu niepojęty. A utrzymując, że ruch
jest niepojęty, sam mimo woli przyznaje, że w samych rzeczach i procesach tkwi
obiektywnie sprzeczność, która na dobitkę jest rzeczywistą siłą."
(wszystkie cytaty z AntyDuhńnga Engelsa). A więc Engels przyznanie się
Duhringa do niewiedzy kwalifikuje jako dowód obiektywnie istniejących
sprzeczności w materii, czyli przyznaje sobie "ponadczasowe" prawo
"naukowe" do proklamowania "dialektyki materialistycznej",
czyli "idealizmu materialistycznego" i byłoby to jak najbardziej w
porządku, ja nie określałbym tego "metafizyką", gdyby on jednocześnie
nie ustanawiał twardej linii "albo-albo" pomiędzy tzw. idealizmem i
tzw. materializmem. A jak ja bym rozstrzygnął w.w. spór Engelsa z Duhringiem?
Nie ma w ogóle sprzeczności pomiędzy stanem ściśle statycznym, a stanem
dynamicznym, bo wszystko jest procesem, ruchem, więc nie ma w ogóle stanu
statycznego. Ruch nie jest sprzecznością, bo nie ma bezruchu. Ruch nie jest
sprzecznością, bo nie jest negowaniem, lecz przenoszeniem, przetwarzaniem,
pracą, WYDATKOWANIEM ENERGII.
Pokonanie
przestrzeni, przemieszczenie ciała z jednego miejsca na drugie, nie jest pokonaniem sprzeczności tego ciała, nie jest
negowaniem tego ciała, lecz negacją przestrzeni, miejsca. W fakcie ruchu nie
możemy więc dopatrywać się sprzeczności rzeczy, lecz ewentualnie negowanie
ruchu, miejsca. Ale co to jest miejsce, gdzie jest punkt odniesienia miejsca w
nieskończoności? A może, nie ma wcale żadnego ruchu i zmiany miejsca? To samo jest z czasem, z ruchem w czasie. Negacja
i negacja negacji, nie jest sprzecznością rzeczy, lecz formy, bo materia
rozumiana jako energia jest niezniszczalna, nie ginie. Nie materia ulega
negacji, lecz jej organizacja, jej formy istnienia j.np. czas i przestrzeń. A
więc i w tym wypadku sprzeczność nie leży w rzeczach, lecz ewentualnie w ich
formach istnienia, czyli negacji dopatrywać się można w obrębie czasu lub
przestrzeni. Istnieją więc najwyżej sprzeczności czasu i przestrzeni. Ale jaki
jest punkt odniesienia dla czasu wobec wieczności i dla przestrzeni wobec
nieskończoności? Co jest poza przestrzenią i poza czasem? Jeśli nie ma
odniesienia, może nie ma wcale żadnego ruchu i zmiany czasu? Ruch w przestrzeni
i czasie jest tylko i wyłącznie ruchem materii i materia jest wobec tego wtórna,
bo materia ulega ruchowi, a nie ruch materii. Czym fest materia?
Najprawdopodobniej jakimś stosunkiem energii. A energia ruchem? Co jest
odniesieniem energii, czasu i przestrzeni? NICOŚĆ. Czy abstrakcyjnie rzecz
biorąc, RUCH jako taki, czy ruch może być sprzecznością tzn. ulegać negowaniu?
Tylko w tym wypadku, jeśli zaprzeczymy BYT jako taki, jeśli
zaprzeczymy istnieniu świata, materii, przestrzeni, czasu i wszystko określimy
jako IDEE, czyli tylko w wypadku czystego idealizmu.
A więc z mojego rozumowania, logicznego, a nie
"dialektycznego wynika dobitnie, że nie ma sprzeczności, ani w rzeczach,
ani w materii, ani w ruchu w przestrzeni i czasie.
SPRZECZNOŚĆ DIALEKTYCZNA - podstawowa kategoria tzw.
materializmu dialektycznego jest produktem tylko i wyłącznie myśli, czyli myśli
idealistycznej, spekulacją "boskiego rozumu", istnieje tylko dzięki
"wąskim gardłom" ludzkiej fizjologii.
Sprzeczność dialektyczna wg definicji marksistowskiej to
SPRZECZNOŚĆ PRZEDMIOTOWA. A i B tworzy sprzeczność jeśli: 1/ współistnieją w
czasie, 2/ wzajemnie się wyodrębniają, (wykluczają - bo A nie jest B) 3/ nie
mogą się bez siebie obyć, 4/ oddziaływują na siebie wzajemnie.
Gdzie i w czym tu
jest "sprzeczność"? Co ocenione tutaj może być jako
"sprzeczne"? Wg tej nielogicznej definicji WSZYSTKO, KAŻDE POJĘCIE
ocenić można jako "sprzeczność dialektyczną", czyli każde
przeciwieństwo jest "sprzecznością dialektyczną", ale nie logiczną,
bo nic tu nie przeczy jedno drugiemu i nic tu nie działa jedno przeciw drugiemu,
nie ma w tym nic przeciwstawnego. Marksistowska "sprzeczność
dialektyczna" to pojęcie dla mnie ani logiczne, ani materialistyczne, ani
gnoseologiczne (naukowe) - pojęcie nawet wg marksizmu czysto idealistyczne,
wydumane dla potrzeb politycznych. Definicja tej "sprzeczności dialektycznej"
jest nie-logiczna, bo wyodrębnianie się nie jest wykluczaniem się, odwrotnie,
jeśli nie mogą się bez siebie obyć i oddziaływają na siebie wzajemnie i
współistnieją w czasie to nigdy nie mogą się wykluczać i wcale nie jest pewne
czy się wyodrębniają, czy nie stanowią JEDNOŚCI wyższego rzędu (np. A i B są
częściami alfabetu). Każde przeciwieństwo jest jednością, która nigdy nie może
się wykluczać, a wyodrębnienie jest tylko pozorne, bo jedno bez drugiego nie
może się obyć.
Wiele pytań bez odpowiedzi wynikających z mojego
rozumowania na temat sprzeczki Engelsa z Duehringiem, czyli materii, energii,
ruchu, czasu, przestrzeni, wieczności, nicości itd. itp. jest oczywistością i
najlepszą odpowiedzią na nie jest: JA NIE WIEM! I nie wierzę twierdzeniom marksistów,
że oni wiedzą, dzięki przekroczeniu klasycznej logiki tzn. dzięki
"dialektyce materialistycznej", czy dzięki "materializmom
dialektycznemu". NIE WIERZĘ. Sprzeczność nie jest dla mnie żadną
sprzecznością, lecz nie-logiką, lub ewentualną niewiedzą, czyli inspiracją do
pracy i wobec tego konieczności rozszerzania sfery wolności.
Cała filozofia marksistowska, wszystkie marksistowskie
nauki społeczno-polityczne, tzw. materializm dialektyczny i historyczny,
opierają się na kategorii "sprzeczności dialektycznej", nie mają oni
jednak żadnej spójnej teorii tej "sprzeczności". Z filozofii Hegla
można było wywnioskować sprzeczność nieantagonistyczną i następnie
nieantagonistyczną teorię rozwoju, bo HEGEL DAŁ WŁAŚCIWIE POCZĄTEK TEJ TEORII.
Marks i Engels dokonali nazywane wg nich "materialistyczne
odwrócenie" Hegla, rzekomo stojącego na głowie Hegla postawili na nogi i
ogłosili swoją dialektykę materialistyczną i sprzeczność antagonistyczną uznali
za najważniejszą kategorię naukową, chociaż nie dokonali żadnej analizy tej
sprzeczności; a sam Marks miejscami wręcz zaprzeczał antagonizmowi. Również
Engels np. w Dialektyce Przyrody wyrażał wątpliwości co do antagonizmu w
przyrodzie. Lenin też bardzo rzadko używał określenia "antagonizm".
Jednak cały marksizm do sześćdziesiątych lat naszego wieku, a właściwie nawet
do dzisiaj, utożsamia sprzeczność z antagonizmem. Ani Marks, ani Engels, ani
Lenin ani Stalin, nie zrobili również żadnej analizy podstawowej kategorii swej
rewolucji. Nie wykonali również żadnej analizy przyszłościowego społeczeństwa
bezklasowego, nie zostawili żadnej teorii nieantagonistycznego rozwoju, do
którego rzekomo zmierzali. A więc wszystko na wodzie byku pisane. Dopiero w
latach 60-tych Mao-Tse-Tung podzielił "sprzeczność dialektyczną" na
antagonistyczną i nieantagonistyczną. Później jeszcze Lucien Seve i wielu
innych filozofów marksistowskich usiłowało nadrobić te niedobory teoretyczne
dzieląc sprzeczność na antagonistyczną i nieantagonistyczna a te z kolei na
wiele innych sposobów. Zrobili to oczywiście pod presją wymogów politycznych, a
nie "naukowych". Lucien Seve w swojej pracy pt. "Próba
wprowadzenia do filozofii marksistowskiej" krytykuje Mao, ale jego
propozycje nie wiele się różnią, tylko całkiem sztucznie usiłują uzasadnić
różnicę pomiędzy sprzecznościami antagonistycznymi i nieantagonistycznymi
uwarunkowaniami czasowymi i przestrzennymi. Również wszyscy inni jak mogą tak
gmatwają sprawę i wywijają kota ogonem, mętlik jest niesamowity i dochodzi do
tego, że niektórzy widzą sprzeczność antagonistyczną tylko w systemie
społecznym i to tylko w obecnym. Skąd ten wyjątek ? Dlaczego przyroda obdarzyła
tylko ludzki system społeczny antagonizmem ? I dlaczego jeszcze dziś antagonizm
jest, a jutro już go nie będzie ? Marksiści tego nie wyjaśniają, wielu
podtrzymuje stare stalinowskie rozumienie "sprzeczności
dialektycznej" i wszyscy kurczowo sprzeczności antagonistycznej się
trzymają, jak tonący brzytwy. Jasne dlaczego. Bo jak zrezygnują ze sprzeczności
antagonistycznej, to zrezygnują z całego marksizmu, bo właśnie to pojęcie, tzn.
sprzeczność nie do pokonania, w której jedno z przeciwieństw musi zniszczyć
drugie, taka sprzeczność i taka walka tych przeciwieństw jest
usprawiedliwieniem, legitymizacją dalszych podstawowych kategorii
"materializmu dialektycznego", a mianowicie kategorii: REWOLUCJI,
DYKTATURY PROLETARIATU, KLAS i WALKI KLAS. Czyli jest to tylko i wyłącznie
polityka. Kategoria pseudofilozoficzna jako filar polityki. Fałszywa
świadomość. Ideologia (ale błędna, bo nieskuteczna). Pojęcie wyabstrahowane
spekulatywnie jako legitymizacja władzy i panowania. Nic nowego i przecież
marksizm od początku do końca do tego się przyznaje stwierdzając, że odbicie
rzeczywistości w myślach człowieka jest zawsze "partyjne", czyli
stronnicze, czyli że nie ma żadnej wartości "naukowej",
"obiektywnej". Czyli że nie jest żadnym materializmem, a znacznie
bardziej szkodliwym od Hegla idealizmem, bardziej szkodliwym, bo
destruktuującym pracę, demoralizującym człowieka, i zagrażającym zniszczeniem
nie tylko struktury i systemu społecznego, ale zniszczeniem całej ludzkości.
NIE MA ŻADNYCH SPRZECZNOŚCI POMIĘDZY LUDŻMI. SĄ albo
KONIECZNOŚCI, albo TRUDNOŚCI, czyli jest PRACA DO WYKONANIA.
Wszystko co
istnieje materialne, istnieje w czasie i w przestrzeni, czyli w ruchu, to co
istnieje poza czasem i przestrzenią jest niematerialne, a więc tylko niebyt,
NIEMATERIA, może być w stanie ściśle statycznym, w bezruchu. Nieskończony
łańcuch materialnych zależności przyczynowo-skutkowych jest łańcuchem elementów
(systemów) istnienia, a nie łańcuchem sprzeczności, nie ma bowiem sprzeczności
między przyczyną a skutkiem, jest natomiast ich wzajemne uwarunkowanie,
RÓWNOWAGA. Jakakolwiek sprzeczność antagonistyczna byłaby zerwaniem tego
łańcucha i zejściem w nicość, w niebyt. A więc nie w ruchu należy upatrywać
sprzeczności, jak tego dowodził Engels, bo dopóki jest ruch, jest życie i
materia, lecz w bezruchu, w niematerii. Sprzeczności można ewentualnie
doszukiwać się poza czasem i przestrzenią. Wzajemnym odniesieniem do czasu ,
przestrzeni i ruchu, jest niebyt, nicość, czyli jakieś pojęcie BOGA. Jeśli
istnieje czas musi też istnieć NIE-CZAS, wieczność. To co istnieje w bezruchu,
to co istnieje poza czasem, to PIERWSZA PRZYCZYNA, która wprawiła w ruch
łańcuch przyczynowo skutkowy, to to, do którego zmierza ten bezkolizyjny,
bezsprzecznościowy łańcuch, to INTERES wszystkiego, CEL OSTATECZNY, sprzeczność
istnienia materialnego, niebyt materialny, czyli DUCH, IDEA WIEKUISTA, BÓG.
Engels wierząc i dowodząc istnienia sprzeczności w rzeczach udowadniał
bezwiednie istnienie Boga, a tak się zarzekał, że taki jest ateista.
Czysta logika dowodzi istnienia Boga, ale Boga bez
wszelkich dodatkowych "akcesoriów", którymi ubierają go ludzie
nielogiczni. A przede wszystkim, bez grzechu pierworodnego.
Rozwój łańcucha przyczynowo skutkowego, czyli rozwój
materii i życia wymaga i przebiega dzięki współzależności i współpracy, czyli
dzięki brakowi sprzeczności. Antagonizm to śmierć, zejście w niebyt.
Kultywowanie sprzeczności jest bezsensownym zabijaniem życia, materii i
rozwoju.
Marksiści
twierdzą, że "sprzeczność dialektyczna" jest nieredukowalna i
nieporównywalna ze sprzecznością formalnologiczną, bo pierwsza dotyczy
przedmiotów i występuje w płaszczyźnie przedmiotowej, a druga, formalnologiczna
dotyczy sądów o przedmiotach, lub pojęć formułowanych przez podmiot poznający,
czyli występuje w płaszczyźnie podmiotowej. Byłoby to bardzo istotne i bardzo
logiczne stwierdzenie, gdyby było prawdziwe, tzn. gdyby faktycznie sprzeczność
formalno-logiczna była odzwierciedleniem istniejących sprzeczności w rzeczach,
ale tak nie jest, bo sprzeczności w rzeczach nie ma, jest całkiem odwrotnie,
kontradyktoryczność idei marksistowskiej stworzyła sprzeczność rzeczy, czyli
"sprzeczność dialektyczną", a nie sprzeczność rzeczy tworzy
nie-logikę marksistowską. Podmiot poznający oddziaływuje zawsze na to swoje
poznanie, czyli na tą swoją naukę o przedmiotach. "Sprzeczność
dialektyczna" nie dotyczy przedmiotów, bo jest tworem myśli o
przedmiotach, a nie tworem przedmiotów.
Czy ja nie wpadam
w nową skrajność? Oczywiście tak, ale czy w ogóle jest możliwe inne, nie
skrajne stanowisko? Zawsze chyba zaprzeczenie jakiejś "prawdy" jest
skrajnością wobec niej. Z tym, że rozwijana przeze mnie idea jest weryfikacją
nie tylko wobec myśli marksistowskich, ale również wszystkich innych
antagonistycznych systemów, których jest bez liku i które obowiązują
powszechnie w myślach ludzkich, a więc ja staram się znieść nie tylko podział
"wyzyskujący - wyzyskiwany", ale też weberowski podział "wróg -
przyjaciel", i religijny "bogobojny - bezbożny", czyli wierny
czy nie wierny, chrzczony czy nie chrzczony i wszystkie inne podziały. Nie ma
ludzi niewiernych. Każdy człowiek w coś wierzy, każdy ma swoją utopię,
"wir sind Utopie", utopia jest w nas - oto światło człowieczej drogi.
Możliwość wyboru, wolność optymalna jest tym naszym światłem i ono przede
wszystkim musi mieć możność się świecić. Dlatego podział filozoficzny na
"idealizm" i "materializm" jest wg mnie również nie do
przyjęcia z punktu widzenia "obiektywnego", jest podziałem
politycznym, w którym pierwotna jest myśl, a nie materia. Moja skrajność jest
"trzecim członem", "złotym środkiem", pomiędzy +A i -A jest
w środku A, które tak "materialistyczne odwrócenie" dialektyki Hegla,
jak i tzw. idee "burżuazyjne" pomijają dla celów politycznych.
Wiesław Sztumski np. pisze tak: "W gruncie rzeczy tym właśnie, co nazywa
się "walką", jest oddziaływanie wzajemne czy "przenikanie
się" "przeciwieństw",
oddziaływanie będące siłą napędową rozwoju" - i to byłoby bardzo piękne i
całkowicie zgodne z nieantagonistyczną wizją rozwoju wynikającą z Hegla, gdyby
nie te konsekwencje: rewolucja i zniszczenie, destrukcja pracy o olbrzymich
negatywnych skutkach dla rozwoju społecznego. Dalsze twierdzenie Sztumskiego w
artykule pt. "Dialektyka prawidłowości rozwoju", że "w
rzeczywistości więc oba te pojęcia ("sprzeczności dialektyczne,
przedmiotowe, i sprzeczności formalnologiczne, w płaszczyźnie poznawczej) są nieredukowalne, choć sprzeczność logiczna
jest odzwierciedleniem sprzeczności dialektycznych systemów materialnych w
świadomości człowieka" jest wg, mojego widzenia bardzo wygodnym
przerzuceniem winy z człowieka na materię (czyli na Boga) za swoją niewiedzę i
swoje różne odchylenia, dewiacje itp. i ich konsekwencje w postaci regresu. I
co gorsza, marksiści w ten sposób twierdzą, że sprawa jest beznadziejna, bo
jeśli taka "sprzeczność" przedmiotowa istnieje to jej usunąć przecież
nie można. Tymczasem ja twierdzę, że pokonanie "sprzeczności"
formalnologicznych, czyli błędów i niewiedzy rozumu, redukuje wyimaginowane
"sprzeczności" dialektyczne materii, że materia jest, bo sprzeczności
rzeczywistych nie ma, że "proletariusz", czy "kapitalista",
jest tylko w swoim "boskim rozumie", a nawet nie w swojej
świadomości, a tylko w swojej deklaracji i nigdy nie jest w rzeczywistości, tym
proletariuszem czy kapitalistą, bo przede wszystkim jest człowiekiem. Nie ma
żadnego wyzysku, bo wszyscy wyzyskują i wszyscy są wyzyskiwani, nie ma
socjalizmu i nie ma kapitalizmu, bo jest RÓWNOWAGA. "Powszechne w świecie
dążenie do zachowania równowagi" nie można nazywać "walką
przeciwieństw", tak jak robią to marksiści, bo nie jest to walka, lecz
współpraca, jest to ciągle nowy WYBÓR MIĘDZY STOSUNKAMI ENERGII, ciągle nowe
zorganizowanie materii, które nie przychodzi skokowo, jak marksiści swoim
prawem o przechodzeniu ilości w jakość to tłumaczą, lecz jest procesem ciągłym,
każda zmiana ilości jest zmianą jakości. Jest dla mnie niezmiernie ciekawe jaką
boską dialektyką tzn. jaką logiką współzależności z całością bytu i niebytu,
materii, ruchu, czasu i całą inną pełną ogólnością, tłumaczą marksiści
sprzeczność formalnologiczną pomiędzy swym twierdzeniem, że sprzeczności
klasowe są nie do pokonania, a swym programem pokonania tych sprzeczności i
utworzenia społeczeństwa bezklasowego? Jest to wielki dla mnie znak zapytania i
nigdzie w literaturze tematu odpowiedzi nie znajduję. W mojej teorii
nieantagonistycznego rozwoju "sprzeczności nieusuwalne", czyli
KONIECZNOŚCI, są sprzecznościami nieusuwalnymi, a więc nie są one
"antagonistyczne", ich zniszczyć nie można w żaden nawet najbardziej
rewolucyjny sposób, ale jak zaznaczyłem to już wyżej, nieusuwalność i
usuwalność sprzeczności jest względna i w ciągle] zmianie, w ciągłej ewolucji,
co znaczy, że ewolucja, czyli ciągła zmiana organizacji materii, czyli ciągle
nowy wybór stosunku energii, nie jest nieodwracalna, czego dowodem jest wg mnie
odkrycie teorii mgławicy Kanta i jego niewątpliwie słuszne przepowiednie
dezorganizacji i rozbicia systemu słonecznego. Wynikało by z tego, że
twierdzenie Francois Jacobs'a, że ewolucja jest ciągłą zmianą organizacji
materii, a nie zmianą materii, jest błędne. Nie tylko organizacja, ale i
materia ulega ciągłym zmianom ewolucyjnym, bo wg mnie sama materia jest
stosunkiem energii, który jest również w ciągłym ruchu, trwa stale nowy wybór
stosunku, czyli organizacji energii. Jeśli materię utożsamiać będziemy z
energią, z napięciem, to Jacobs ma rację, ale jeśli materia i energia, to dwie
różne rzeczy, jeśli materia składa się po prostu z energii, a chyba tak właśnie
sprawy stoją, bo rozróżniamy przecież ruch od materii, to Jacobs nie ma racji.
W przyrodzie i
również w społeczeństwie ludzkim trwa bez przerwy ewolucja. Marksistowskie
prawo przechodzenia ilości w jakość dowodzące rzekomego rozwoju skokowego i
naturalności rewolucji jest również "polityczne", - cel uświęca
środki, sztuka możliwości. Rewolucja nie jest żadnym rozwojem, nie jest skokiem
do przodu, lecz skokiem do tyłu. Zmiana ilości jest zmianą jakości, KAŻDA ZMIANA
ILOSCI JEST ZMIANĄ JAKOŚCI i to jest właśnie ewolucja, powolna i stała zmiana.
WYBOR, a nie konflikt, wybór ciągle lepszego stosunku energii - oto ewolucja.
Darwinowskie określenie ewolucji jako doboru naturalnego
jest doskonałym terminologicznym oddaniem rzeczy.
Ewolucja jest zawsze wynikiem jakiegoś wyboru, wyboru
zawsze w bardzo dużym stopniu zdeterminowanego, ale jednak wyboru mniejszego
zła. Wszystko co żyje, ma jakieś pole manewru, każde zwierzę, każda roślina,
każda żyjąca komórka szuka swej drogi wzbogacania i przedłużania swego życia i
wybiera, decyduje, a więc ma jakąś swoją świadomość, interes, logikę, etykę i
wg nich kształtuje swój byt, swoją organizację. Wobec tego jeśli ewolucji
podlega organizacja materii, czy organizacja energii jeśli materię utożsamimy z
energią, czyli jeśli ewolucji podlega układ materii, a nie sama materia (jak to
pisze F.Jacobs w Historia i dziedziczność str. 438) i jest to jakiś wybór tej
organizacji, to nie jest to funkcją materii, ewolucja nie jest funkcją materii,
lecz idei. Materia narzuca warunki, ale realizacja jest funkcji energii, idei,
zasady witalnej, ducha.
Ewolucja, czyli ciągle nowa organizacja materii ma
niewątpliwie swój cel, INTERES, którym na pewno nie są straty energii, lecz
dążenie do ciągle nowego, lepszego stosunku energii. Jeśli więc teraz
zastosujemy moją definicję ewolucji do stosunków społecznych (tzn. twierdzenie,
że ewolucja jest ciągłym polepszaniem stosunku energii) otrzymujemy genezę
konkurencji i wynikających z niej konfliktów. Konkurencja i konflikt jest
naturalną konsekwencją ewolucji biologicznej, doboru naturalnego, wyboru
mniejszego zła. A więc wyjaśnienie zmian społecznych i rozwoju wbrew R.
Dahrendorfowi i wielu innym teoretykom można i trzeba wytłumaczyć za pomoc
jednego, uniwersalnego czynnika, a mianowicie ewolucji biologicznej i co za tym
idzie ewolucji społecznej, czyli ekonomii jako takiej. Ale konkurencja i
konflikt nie mają charakteru antagonistycznego, bo konkurencja trwać może tylko
wśród konkurujących, czyli konkurencja i konflikt nie zmuszają wcale do
niszczenia, lecz do wybierania, produkują różnorodność, a więc nierówność, nie
są wcale dysfunkcją, lecz funkcją struktury ewolucji. Wobec tego wszelkie
dążenia do egalitaryzmu są sprzeczne z rozwojem i naturą, są niesprawiedliwe i
nierealne, bo są projektami utopijnymi realizowanymi mniejszą lub większą
opresją totalitarną bez sensu, bo bez skutku, a właściwie ze skutkiem
odwrotnym. Aprioryczne twierdzenia marksistów i innych utopistów, że nie
istniała i nie istnieje inna alternatywa bardziej humanitarnej i postępowej
drogi rozwoju tzw. grup upośledzonych są co najmniej nielogiczne, bo żadna
utopia u władzy żadnej grupy upośledzonej nie likwiduje, a odwrotnie, walcząc z
przyrodą, walcząc z naturalną ewolucją, sztucznie tworzy nowe i wielkie grupy
upośledzone. Prawdziwą i jedyną szansą emancypacji tzw. grup upośledzonych jest
ich własna ewolucja dokonywana własnym naturalnym wysiłkiem. Status quo nigdy i
nigdzie nie istnieje, bo ewolucja i zmiana ciągle trwa, więc obiektywne
interesy grup nieposiadających wiążą się z ich pracą mającą na celu posiadanie,
i z ich wyborem systemu umożliwiającego posiadanie, a nie z
"historyzmem" takiego czy innego utopisty nawołującego do celów
ostatecznych. "Ależ my nie mamy celu ostatecznego. JESTEŚMY REWOLUCJONISTAMI,
wcale nie zamierzamy dyktować ludzkości jakichś praw ostatecznych." mówił
Engels w wywiadzie dla "Le Figaro" i do dzisiaj to samo mówią nadal
wszyscy marksiści. Rewolucja jest ich celem ostatecznym i ciągłym. Jak
bezwstydnie to brzmi po ujawnianiu ciągle nowych zbrodni dokonanych przez
rewolucjonistów przeciwko rewolucjonistom. Chorzy ludzie. Rewolucja to agresja,
a agresja to choroba, czyli nieład społeczny.
Aby osiągać
rozwój ład społeczny musi sympatyzować z postulatami rozwijania wolności, ale
nie anarchii, która jest po prostu utratą równowagi i która niszczy
społeczeństwo jako takie.
Postulaty rewolucji, czy nawet radykalnej przebudowy, to
postulaty albo reakcyjne jeśli zmierzają do ograniczenia możliwości wyboru, a
co za tym idzie ograniczenia pracy, albo dowody braku równowagi i zdolności
adaptacyjnych, gdy zmierzają do rozszerzenia możliwości wyboru i pracy.
Ponieważ walka przeciwieństw jest pozorna, to konflikt
społeczny poza konkurencją jest wynikiem albo braku równowagi systemu społecznego
albo różnych dysfunkcji jak np. dewiacji, patologii, społecznych chorób
psychicznych (np. fałszywej świadomości rewolucyjnej) itp. wymagających jakichś
programów terapii, nowych ideologii, nowych religii, bo stare najwidoczniej nie
są zdolne do pozytywnego sterowania uczuciami ludzkości, lub innych programów
przywracających równowagę.
Równowaga systemu
społecznego zależy od wielu czynników, jest wielopoziomowa i wielostrukturowa.
W związku z tym niedobory równowagi na jednym poziomie mogą być wyrównywane w
sposób naturalny lub wymuszony przez jakąś równowagę innych poziomów lub
podsystemów. Np. brak równowagi wewnętrznej jakieś mocarstwo wyrównuje agresją
zewnętrzną.
Konfliktowy model społeczeństwa nie istnieje nigdy w
rzeczywistości, bo model bez równowagi musi zniszczyć społeczeństwo. Rzekoma
konfliktowość jest pozorna, jest procesem ewolucyjnym i ciągłym poszukiwaniem
równowagi. Rozchodzenie się rzeczywistości społecznej z jej idealnym modelem
nie wynika z naturalnej, koniecznej sprzeczności w jakie popada rzeczywistość
sama ze sobą, lecz z braku rozeznania interesu i braku możliwości wyboru, czyli
hamowania normalnej ewolucji przez siły odśrodkowe, czyli dysfunkcje, dewiacje,
patologie i inne niekonieczne, usuwalne trudności w ewolucji życia organizmu społecznego.
MECHANIZMY HAMOWANIA ROZWOJU NIE SĄ OBIEKTYWNĄ SPRZECZNOŚCIĄ NIE DO POKONANIA,
LECZ PRACĄ DO WYKONANIA.
Powszechnie spostrzegana konfliktowość stosunków
społecznych i jednocześnie pod powierzchnią tej konfliktowości i sporów
obowiązujący consensus moralny, są dowodem że konflikty są pozorne, bo mogłoby
ich nie być, że dysfunkcje, dewiacje, patologie, że NIEZROZUMIENIE CO JEST CO,
nierozpoznanie interesu, jest tylko nierozpoznaniem interesu, a nie jego
brakiem, czy jego sprzecznością. INTERES rozwoju życia nie może być
konfliktowy, sprzeczny sam ze sobą, przeciwny sobie. Bo nie byłby interesem. I
po co ? Najistotniejszą najgłębszą treścią ładu społecznego jest jego INTERES,
a nie odchylenia tego interesu. Bez względu na spory ludzi co do ocen tak
szczegółowych jak i najbardziej fundamentalnych istnieje niezależny od tych
spierających się ludzi, INTERES społeczeństwa, czyli consensus moralny nie musi
być uzgodniony, ani osiągnięty, on istnieje jako sedno interesu ludzkości.
Spory czy consensus jest ułudą, czy odwrotnie, że konfliktowość jest pozorna,
są jałowe i bez sensu, bo są to spory co do powierzchni, co do formy, bezsporna
jest treść, INTERES PRZEZYCIA, RÓWNOWAGA, współpraca i współzależność
przeciwieństw, złoty środek, trzeci człon. Tzw. KONWERGENCJA, czyli przenikanie
i upodabnianie się systemów społecznych, trwała, trwa i będzie trwała zawsze i
ciągle, bo jest to po prostu proces ewolucyjny ludzkości, dążenie do równowagi.
Nieustanna
zmiana, ewolucja, nie jest konfliktem, lecz konkurencją, wyborem i pracą.
NIEZGODA jest targiem o cenę KUPNA-SPRZEDAŻY, na której to transakcji toczy się
życie każdego społeczeństwa, jak i każdej jednostki. A więc konkurencja i
niezgoda nie jest konfliktem nieusuwalnym i musi być pokonana poprzez pracę.
Kupno-sprzedaż, WYMIANA dokonywana przez odpowiedzialnego za swe czyny
człowieka jest wyborem ciągle lepszego stosunku jego energii, czyli sposobem
zachowania się społecznego, sposobem ewolucji i rozwoju.
Zależności
jednych członków społeczeństwa od innych, jeśli są nieusuwalne, czyli nie są
przedmiotami wymiany w ramach istniejących możliwości wyboru, a więc jeśli nie
są do usunięcia poprzez pracę, takie zależności nie powinny powodować niezgody
i konfliktów, a jeśli je powodują, to są to konflikty pozorne - walka z
wiatrakami. Przymus wynikający z zależności obiektywnych, jest przymusem
pozornym, którego żadne, najradykalniejsze rewolucje nie są w stanie
wyeliminować. A z kolei przymus pochodzący z zależności usuwalnych, tzn.,
dających się zredukować poprzez wybór, transakcje, pracę, jest przymusem też
pozornym, w normalnych warunkach możliwości zawierania transakcji, dokonywania
wyboru i wykonywania pracy. W systemach społecznych nienaturalnych,
niezrównoważonych, nie dających możliwości wyboru, istnieje przymus fizyczny,
lecz jest on zawsze elementem dezintegracji i dowodem panującej nierównowagi
życia społecznego, który prędzej czy później musi doprowadzić albo do zmiany,
albo do zniszczenia tego społeczeństwa. Przymus nieusuwalny nie jest przymusem,
lecz koniecznością, przymus usuwalny jest pracą do wykonania. Każdy członek
społeczeństwa z tytułu swej przynależności do niego ma nie tylko prawa i
korzyści, lecz również musi ponosić zrównoważone ofiary, czyli ma obowiązki.
Jeśli prawa i obowiązki nie są zrównoważone, różnica musi powodować
dezintegrację i doprowadzić albo do wyrównania, albo do rozbicia społeczeństwa.
Twierdzenie, że
każde społeczeństwo opiera się na przymusie stosowanym przez jednych jego
członków w stosunku do innych jest bardzo prymitywnym uproszczeniem, lub
oszustwem mającym na celu legitymizację takiego czy innego przymusu. To
uproszczenie polega na nierozróżnianiu przymusu wypływającego z konieczności
nieusuwalnej (np. biologicznej) i przymusu wypływającego ze sprzeczności
usuwalnych, tzn. z trudności, czyli z pracy do wykonania. Np. tzw. przymus
ekonomiczny nie jest żadnym przymusem, lecz koniecznością siły wyższej jaką,
jest ekonomia, obowiązkiem pracy na rzecz społeczeństwa, w zamian otrzymywanych
od systemu ekonomicznego różnych korzyści i możliwości. Tzw. przymus
ekonomiczny jest koniecznością nieredukowalną przez żaden inny system, a
najmniej przez biurokrację, czy militaryzację życia. Ekonomia jest procesem
ewolucyjnym takim samym jak ewolucja biologiczna, czy kulturowa, jest ciągłym
poszukiwaniem lepszych proporcji energetycznych.
Praca, jej rozwój i podział, jest główną przyczyną (poza
wielu innymi) wyłaniania się różnych, sprzecznych ze sobą, poglądów o INTERESIE
i co za tym idzie przyczyną wyłaniania się grup rzekomo pozostających ze sobą w
konflikcie. Skonstatowanie istnienia grup o różnych mniemaniach na temat
interesu, czyli ujawnienie, że jakaś grupa społeczna, a właściwie jakiś pogląd
społeczny decyduje w ostatniej instancji o ustanawianiu i sprawowaniu władzy,
czyli organizowaniu pracy, inwestycji i stosunków zależności z tej organizacji
wynikających, nie jest jednoznaczne z konstatowaniem panowania takiej czy innej
grupy, czy "klasy". Ktoś w ostatniej instancji zawsze musi decydować,
bo przecież decyzje, czy poglądy na interes mają to do siebie, że muszą być
przez kogoś ukształtowane, i powzięte, realizowane, ale ta ostatnia instancja
jest formowana stale płynną interakcją, wyborem mniejszego zła i pracą całego
społeczeństwa wraz z jego dewiacjami i nawet wraz z patologiami. Interes jest
jeden i wspólny, ale percepcje tego interesu są różne i konfliktowe, walka
między nimi, wypracowywanie tej ostatniej instancji, jest w ostatecznym
rachunku dziełem nie takiej czy innej grupy, lecz całego społeczeństwa i całej
ludzkości. Praca, a nie chimery, a nie świadomość, decydują w ostatniej
instancji, praca kształtuje stosunek sił pomiędzy różnymi grupami i praca
kształtuje w ostatniej instancji zmiany struktury społecznej, czyli władzy i
stosunków zależności. Rozwój, czyli praca i jej potrzeby, kształtują myśli,
praca jest pierwotna, a idea wtórna.
Teoria Nieantagonistycznego Rozwoju jest zneutralizowaną
ideologicznie (bo zatomizowaną) wizją świata, w której jest tylko jedna racja:
RÓWNOWAGA - środek wszystkich innych racji - ukazuje bezsens wszystkich innych
prawd antagonistycznych. Teorie antagonistyczne opierają się zawsze na dwóch
prawdach: "albo - albo", np. albo prawda "kapitalistów"
jest prawdziwa, albo prawda "proletariuszy" jest prawdziwa, czy albo
prawda katolików irlandzkich jest prawdziwa, albo prawda protestantów
irlandzkich jest prawdziwa. Ale już przy tylko dwóch partnerach jakiejkolwiek
gry intelektualnej, np. gry w szachy, istnieje wg mnie aż 16 możliwości
stosunków tych prawd wobec siebie, a mianowicie:
1/ obaj partnerzy gry mają rację, i obaj trafnie oceniają
drugiego,
2/ obaj partnerzy mają rację, ale obaj błędnie oceniają
drugiego,
3/ obaj mają rację, ale X trafnie, a Y mylnie oceniają
siebie,
4/ obaj mają rację, ale Y trafnie, a X mylnie oceniają siebie,
5/ obaj nie mają racji i obaj trafnie oceniają przeciwnika, 6/ obaj nie mają
racji i obaj mają błędne percepcje drugiego, 7/ obaj nie mają racji, ale X
trafnie, a Y błędnie się oceniają, 8/obaj nie mają racji, ale Y trafnie, a X
blednie się oceniają,
9/ X ma rację, Y nie ma racji, ale obaj trafnie oceniają,
sytuację, 10/ X ma rację, Y nie ma racji, ale obaj błędnie oceniają,
11/ X ma rację, Y nie ma racji, ale X trafnie, a Y błędnie
oceniają,
12/ X ma rację, Y nie ma racji, ale Y trafnie, a X błędnie
oceniają,
13/ Y ma rację, X nie ma racji, ale obaj trafni mają
percepcję strony przeciwnej,
14/ Y ma rację, X nie ma racji, ale obaj błędnie się
oceniają, 15/ Y ma rację, X nie ma racji, ale Y trafnie, a X błędnie oceniają,
16/ Y ma rację, X nie ma racji, ale X trafnie, a Y mylnie
oceniają.
Jeśli więc w
stosunkach tylko 2 uczestników jakiejkolwiek gry - a przecież ekonomia,
ideologia, polityka i całe życie ma charakter gry - można znaleźć 16, może i
więcej możliwych stosunków tej gry, to ile możliwości kryje się w grze
wszystkich przeciwko wszystkim? Czy jest w ogóle możliwe znalezienie PRAWDY
OBIEKTYWNEJ grając przeciwko sobie i ile niebezpieczeństw kryje się za
wszystkimi tymi percepcjami i wynikającymi z nich decyzjami? Czy nie lepiej
wcale nie grać przeciwko innym, a za PRAWDĘ OBIEKTYWNĄ przyjąć JEDNOŚC, z
której najlepsi gracze i najlepsi matematycy i najwięksi filozofowie, nic
więcej poza tą JEDNOŚCIĄ ,wyciągnąć nie zdołają? Nieantagonistyczna Teoria
Rozwodu nie przewiduje przeciwników, nie jest grą i nie znajduje nigdzie
żadnych dwoistości, żadnego diabła i piekła, żadnego dobra i zła, jest tylko
jeden cel: INTERES, tożsamy z LOGIKĄ i Etyką, Odchylenie od tej triady nie jest
żadną, "sprzecznością", lecz po prostu NIEZROZUMIENIEM WŁASNEGO INTERESU.
Przeciwieństwa nie są dwoistością, czy sprzecznością,
przeciwieństwa są, jednością. Pomiędzy -1 a +1 znajduje się 1, znajduje się
RÓWNOWAGA i to jest obiektywną PRAWDĄ. Jakikolwiek stosunek tej prawdy, to już
nieprawda, to po prostu jakieś odchylenie od normy, niewiedza, dewiacja,
choroba, czy patologia. Prawda jedności jest prawdą całości, natomiast wszelkie
prawdy klasowe. grupowe, religijne, czy nacjonalistyczne, czyli wszelkie prawdy
antagonistyczne nie są prawdami, są sprzeczne z interesem, logiką i etyką, są
sprzeczne z ewolucją i biologią.
Falsyfikacja wszystkich teorii antagonistycznych przebiega
wg mnie następującym rozumowaniem: ewolucja jest ciągle lepszą organizacją
materii, czyli ciągłym wyborem lepszego stosunku energii, czyli ciągłym
poszukiwaniem jakiegoś "zysku" biologicznego, lub ekonomicznego, co
właściwie na jedno wychodzi. Uniwersalne prawo, że każdej akcji towarzyszy
reakcja uruchamia konkurencję, czyli właśnie ujawnienie się tych Heglowskich
sprzeczności, które zmuszają do wyboru "mniejszego zła", produkowania
różnorodności, przechodzenia ilości w jakość. Wybieranie "większego
zła" powoduje straty energii i dlatego odbiega od normy, wynika ze złej
kondycji podmiotu wybierającego, np. błędnej percepcji zamiarów innych
podmiotów i mylnego rozeznania rzeczywistości, albo odbiega od normy
psychicznej i jest rezultatem mniejszej lub większej agresji, czy takiej czy
innej manii (poczucia upośledzenia, manii wielkości, lęku itp.). Normalny
proces życia człowieka, czyli przeżywanie uczuć powstawania, dojrzewania,
dojrzałości i zamierania, jest rozwojem pokojowym, bo rozwojem konieczności i
trudności do pokonania, a uczucia anormalne nie akceptujące konieczności i nie
umiejące poradzić sobie z trudnościami do pokonania na tej życiowej drodze,
obarczające winą za tę swoją upośledzoną, sytuację życiową innych, np.
"antagonizmy", lub "boga, który zsyła tyle nieszczęść na
biednych ludzi", tworzą wynikające z tych negatywnych uczuć RELIGIE i
IDEOLOGIE WOJUJĄCE. W społeczeństwie tak jak i w całej biologii wszystko co
żyje jest wyzyskiwane i jednocześnie wszystko co żyje wyzyskuje, a więc ten
rzekomy wyzysk znosi się wzajemnie i w warunkach równowagi nie powinno być grup
upośledzonych. Jeśli nawet różne formy wyzysku np. fizycznego, lub przy pomocy
oszustwa, czy inne, tu i wszędzie się trafiają, to nie są to antagonizmy, czyli
"sprzeczności" nie do pogodzenia, a tylko trudności, czyli praca do
wykonania. Dlatego moim zdaniem wszystkie TEORIE ANTAGONISTYCZNEGO ROZWOJU SĄ
CHOROBAMI SPOŁ.ECZNYMI opartymi na błędnej percepcji. Świat jest chory, bo
światowa polityka przeciwstawia interes etyce stosując dewizę "cel uświęca
środki" i powszechnie kultywuje antagonistyczne kontrakcje myślowe:
"wierny-niewierny", "wyzyskujący-wyzyskiwany", "wróg-przyjaciel"
itp. Teorie społeczne i polityczne oparte na tzw. antagonizmach ograniczają
możliwości wyboru, psychicznie lub fizycznie zniewalają człowieka i powodują
olbrzymie straty energii i dlatego prędzej czy później muszą upaść. Systemy
sprzeczne z naturalnymi prawami rozwoju, czyli nieekonomiczne, nie są w stanie
wyżywić zniewolone społeczeństwa. Wolność i demokracja muszą zwyciężyć ze
względów ekonomicznych, czyli WOLNOŚĆ I DEMOKRACJA są zdeterminowane ewolucją
biologiczną. Marksistowskie i scjentystyczne twierdzenia, że "nie jest
"prawdą”, że skoro jakaś rzecz jest naturalna, przez to jest też
"dobra" ' (Francois Jacobs, Gra Możliwości, str.43), czyli
twierdzenie, że człowiek jest mądrzejszy od przyrody, projekty "klonowania
polityków" i innej genotechnologii są oczywistą brednią. Nie przyroda jest
ułomna, lecz człowiek wymyślający podziały mające na celu wywyższanie się nad
innych i nad przyrodę. Ta potrzeba supremacji, wywyższania się i
dychotomizowania nie jest wynikiem jakiegoś ogólnego instynktu agresji, gdyż
takowy u olbrzymiej większości ludzi nie istnieje, lecz jest wynikiem agresji
wąskich grup ludzkich, lub poszczególnych osobników tworzących i realizujących
agresywne teorie, religie, ideologie.
Wyartykułowana tu przeze mnie Teoria Nieantagonistycznego
Rozwoju jest teorią POKOJU POWSZECHNEGO opartą nie na objawieniu, lecz
wydedukowaną z logiki rozumu i potwierdzoną przez tysiące pokoleń praxis. Jest
to całościowa wizja rozwoju, w ramach której tendencja nie jest narzucana
odgórnie przez jakąś wielką jednostkę czy centralną instancję zarządzającą lecz
jest wypadkową działań podmiotów jednostkowych w oparciu o wolną
"grę" (pracę) sił politycznych, gospodarczych i kulturalnych, która
to wolna gra wywodzi się z PRAW NATURY. Istnieje i istniała ona zawsze w
praktyce w każdym społeczeństwie, czyli jest to teoria uniwersalna i
ponadczasowa, ponad historyczna. Jednakże zrozumienie jej, świadome
zaakceptowanie i oparcie na niej nauk społeczno politycznych da w rezultacie
znacznie bardziej przyśpieszony ROZWÓJ POWSZECHNY, ZDROWIE, POKÓJ. Tylko
ideologia oparta na tej teorii może być konkurencyjna wobec religii, co
szczególnie w Polsce ma wielkie znacznie. Tylko ta teoria jest faktycznym
"przezwyciężeniem" marksizmu, jest oddzieleniem istoty od pozorów,
przełamaniem "całkowitej bezsilności" Sartre'a, "zniweczeniem
dotychczasowego sposobu istnienia jednostek, wraz z którym znika jednocześnie
owo przeciwieństwo i jego jedność" (Ideologia Niemiecka Marksa). Dopiero
ta teoria jest usatysfakcjonowaniem poszukującego prawdziwości człowieka o przekonaniach
laickich, tzn. logicznych. Jest to TEORIA MIŁOŚCI, albowiem jedno
przeciwieństwo bez drugiego żyć nie może. Jest to optymistyczna TEORIA
SPRAWIEDLIWOŚCI oparta nie na instynkcie, ale wynikająca z INTERESU i poprzez
LOGIKĘ przekształcająca się w ETYKĘ, bo zgodnie z tą teorią każdy ostatecznie
dostaje to na co zasługuje i każdy musi zapłacić za wszystko to co dostaje, bo
każdej akcji towarzyszy reakcja i tak jak w przyrodzie, tak i w społeczeństwie
nic nie ginie, NAWET W NASZYCH KOMÓRKACH UKŁADU NERWOWEGO. To, że w przyrodzie
nic nie ginie i że za wszystko trzeba zapłacić jest teorią sprawiedliwości
dystrybutywnej wynikającą nie z objawienia i nie WYSPEKULOWANEJ rozumem, czyli
spekulacją ludzi, lecz SPRAWIEDLIWOŚCIĄ NATURY, bo ETYKA I SPRAWIEDLIWOŚĆ
wywodzą się z biologii, czyli z UCZUĆ, bo życie jest ciągłym uczuciem. Uczucia
pozytywne są zgodne z etyką i sprawiedliwością, bo są sprzyjające ROZWOJOWI, a
uczucia negatywne są sprzeczne ze wzbogacaniem i przedłużaniem życia i dlatego
niezgodne ani z interesem, ani z logiką, etyką i sprawiedliwością.
INTERES, LOGIKA I
ETYKA, są wg tej teorii ze sobą tożsame i wywodzą się z biologii, z PRZYRODY.
Dopiero z tej teorii nieantagonistycznego rozwoju wyprowadzenie teorii
RÓWNÓWAGI i HARMONII da im makrosocjologiczny wydźwięk.
Prekursorem
TEORII RÓWNOWAGI był niewątpliwie Arystoteles, który pisał np. w
"Politika" : "Państwo składa się z nierównych części, tak jak
istota żyjąca składa się przede wszystkim z duszy i ciała, dusza z rozumu i
woli, rodzina z męża i żony, posiadłość z pana i niewolnika; wszystkie te
części różnorodne, i inne jeszcze prócz tego, obejmuje i państwo...". W
przeciwieństwie do Platona, który uwypuklał jedność, Arystoteles wskazywał na
współpracę różnorodnych części, które nie tracąc niezależności i dzięki tej
niezależności należycie funkcjonują i wytwarzają harmonię całości
społeczeństwa.
Teorie ładu
społecznego, równowagi, czy homeostazy sformułowali w ramach socjologii
amerykańskiej tzw. funkcjonaliści pod wodzą Talcotta Parsonsa (1902-1979), ale
wywodząc ją z teorii działania i systemu społecznego. Jeden z licznych
naukowców tej szkoły Pierre L. van den Berghe następującymi słowami ją określa
: "Chociaż integracja nigdy nie jest doskonała, systemy społeczne
zasadniczo znajdują się w stanie dynamicznej równowagi, tj. przystosowawcze
reakcje na zmiany zewnętrzne zmierzają do minimalizacji zmiany wewnątrz
systemu. Dominującą tendencją jest więc tendencja do stabilności i bezwładu,
utrzymująca się dzięki wbudowanym w system mechanizmom przystosowania i
kontroli społecznej .... Dysfunkcje, napięcia i dewiacje istnieją i mogą być
długotrwałe, ostatecznie jednak zmierzają one do zaniku lub
instytucjonalizacji. Inaczej mówiąc, doskonała równowaga czy też integracja nie
zostaje wprawdzie nigdy osiągnięta, ale stanowi granicę, ku której system
społeczny zmierza."
Ja bym powiedział, że względna równowaga stosunków
społecznych jest warunkiem sine qua non istnienia społeczeństwa jako takiego,
czyli instytucjonalizacja dysfunkcji, czy dewiacji nie zmienia ich postaci
rzeczy, czyli pozostaje dysfunkcją, czy dewiacją, zinstytucjonalizowanym
zakłóceniem równowagi i prędzej czy później zmierzać musi również do zaniku,
lub wytwarzać jakieś systemy przeciwważące (np. "rewolucyjna świadomość
prawna" została przemieniona w instytucje "praworządności
socjalistycznej", a ta z kolei wytworzyła natychmiast mafie i mafie w
mafiach). Gdyby nie automatyczne wykształcanie się interakcji wyrównujących
dysfunkcje i dewiacje to np. rewolucyjna droga marksistów niszczenia nieusuwalnych
sprzeczności (przemieniona przecież w potężne instytucje) byłaby przekroczeniem
granicy równowagi i likwidacją nie struktury i nie systemu, lecz likwidowaniem
danego społeczeństwa, a nawet w czasach obecnych całej ludzkości.
Społeczeństwo jest żyjącym organizmem i tak jak
autonomiczny organizm osobniczy może żyć tylko we względnej równowadze, jeśli
nie w harmonii. Czym dalej posunięta harmonia wszystkich poszczególnych
elementów, czym bardziej harmonijna współpraca, tym intensywniejszy rozwój i
piękniejszy twór życia, a czym silniejsze zakłócenia tym nędzniejsze i krótsze
życie. Ideał jest oczywiście nieosiągalny, ale ciągłe dążenie do niego jest
właśnie życiem. Pewne bariery, dolna i górna, jak np. temperatura ciała, są w
ogóle nieprzekraczalne pod groźbą natychmiastowego zejścia ze sceny życia.
Równowaga rozwoju psychicznego i fizjologicznego musi być również zachowana, bo
wszelkie odejścia od normy, muszą powodować, przykre konsekwencje tak dla
fizjologii jak i dla świadomości. A więc również w społeczeństwie każda
ideologia wymierzona w równowagę, każde zniekształcenie i wynaturzenie
poszczególnych członów i sfer życia ludzkości powodują zagrożenie życia całej
społeczności.
Antagonistyczna
teoria rozwoju zakładająca nierównowagę materialnej bazy stosunków społecznych
i jej nadbudowy, charakteryzująca się znacznym przerostem, przewagą czynników
agresywnej świadomości nad realnymi możliwościami bazy, programująca
zniszczenie jednych warstw społecznych i totalne panowanie innych, nie
przyjmująca do wiadomości ponadklasowego interesu całego gatunku, nie
akceptująca konieczności harmonijnej współpracy i współzależności wszystkich
niesłychanie różnorodnych elementów życia społecznego - każda taka ideologia
jest wynaturzeniem, dewiacją, powoduje wielkie szkody i zmierza do zniszczenia
całego skomplikowanego systemu harmonii i samoregulacji. Teoria walki klas
propagująca nienawiść klasową jest teorią zniszczenia, teorią nierównowagi,
prowadzącą do chaosu lub samozagłady, nieadekwatną do potrzeb ludzkości.
Fizjologowie i historycy często zastanawiają się czy przyszłość świata nie zależy po prostu
od czynności gruczołów człowieka? Podobno, co oczywiście wcale nie jest pewne,
u Napoleona znaleźli postępującą chorobę Babińskiego-Friihlicha, czyli tzw.
zwyrodnienie tłuszczowo płciowe (dystrofia adiposogenitalis), wywołującą
zaburzenia w hormonalnych czynnościach przysadki mózgowej i tej chorobie
przypisują ostatnio jego wiele porażek i całą klęskę. Podaję to jako przykład
wielkiej ważności zdrowia fizjologicznego, a co za tym idzie i psychicznego
wielkich przywódców dla całych społeczeństw i ludzkości.
Po ich dziele
poznajemy mistrzów. Podmiot tworzący i poznający oddziaływuje na tworzony
przedmiot, czyli przedmiot dostosowuje się do podmiotu. Filozofia, nauka i
ideologia Marksa i marksistów programująca i gloryfikująca gwałt, rewolucję,
dyktaturę, mówi wszystko o ich twórcach i wyznawcach, a społeczeństwa
pozostające pod ich panowaniem poznały na własnej skórze to "piękno"
tych wzniosłych idei.
Dla mnie nie
ulega najmniejszej wątpliwości, ze źródłem agresywnych teorii Marksa, Engelsa,
Lenina, Stalina, Hitlera, Mao i ostatnio np. fanatyzmu Chomeiniego, były jakieś
upośledzenia twórców, jakieś tendencje sadystycznomasochistyczne, kompleksy
niższości i ukryte psychozy strachu. Używanie siły wynika z poczucia słabości.
Strach jest przyczyną agresji. Niezrozumienie konieczności jest źródłem
samobójczego usiłowania oszukania, przechytrzenia historii, wymanewrowania
logiki, prowadzenia ludzkości na manowce, samooszustwa.
Ale czy
faktycznie takie różne samooszustwa są możliwe? Czy oni nie wiedzą co czynią ?
Moim zdaniem nie, to niemożliwe. Każdy człowiek ma jakieś poczucie
rzeczywistości, widzi i osądza swoje i cudze błędy i winy. Sprawa trwa już
setki i tysiące lat. Doświadczenie toczy się szybko i jest niezmiernie bogate,
stawiano do rozwiązania już miliony i miliardy równań i rachunków do
zapłacenia. Moim zdaniem nie, żaden z tych tzw. rewolucjonistów, nie jest
rewolucjonistą, żaden z tych, żądających śmierci dla inaczej myślących nie
posiada wyższej stoickiej świadomości, zrozumienia konieczności, żaden z nich
nie jest wyzwolony ze swej chuci i uniezależniony od fizjologii, od swojej
manii prześladowczej, potrzeby udowodnienia swojej wyższości, potrzeby
wynikającej z kompleksu niższości. Każdy z nich wie co czyni, ale jest
fatalistą i oszustem. Stoicka świadomość zrozumienia konieczności jest
wyzwoleniem cielesnym i duchowym, jest zwycięstwem nad sobą mającym siły i
odwagę przyznania się do swej własnej znikomości, słabości i błędu. Odwrotnie
od fatalizmu, który jest małodusznym poddawaniem się kompleksowi niższości i
nie przyznawaniem się do błędu. Każdy z tych naukowych, czy religijnych
dzierżymordców i oszustów rzekomo powodujących się nauką, czy religią, nie jest
zdolny do poniesienia konsekwencji, przyjęcia odpowiedzialności za swoje błędy
formalno-logiczne. Wszystkie ich dogmaty, przykazania, wiary, jak i wszystkie
ich samokrytyki, to tylko maska ściśle personalnych interesów, a właściwie
błędnego mniemania o swoich ściśle personalnych interesach, a nie żadna
świadomość rewolucyjna. Bohaterzy tej tragikomedii nie zdają sobie sprawy ze
swej śmieszności i nędzy. Każdy poszczególny podmiot powołując się na interes
publiczny faktycznie powoduje się swym błędnym wyobrażeniem swego ściśle
osobniczego interesu. Maska. Bo, czy obiektywnie rzecz traktując interesy
każdej poszczególnej jednostki nie są całkowicie zbieżne z interesem całego
kosmosu ? Oczywiście tak. Oczywiście interes publiczny jest interesem jednostki
i odwrotnie, w interesie jednostki leży interes publiczny. A więc rozbieżność
interesów pochodzi tylko i wyłącznie z błędów sztuki, z niezrozumienia
konieczności, z niewykonania pracy, z nieuświadomienia faktycznych swych
interesów i nieumiejętności ich uzgodnienia z interesami publicznymi. Czyli
błąd sztuki. Fałszywa świadomość. Przesąd. Obiektywnie nie ma rozbieżności
interesów. Rozbieżność interesów jest tylko domniemana w naszych mózgach. Maska
kryje wcale nie interesy, bo interesy są obiektywnie wspólne, maska kryje
strach i głupotę, upośledzenia nieomylnych chwalców rozumu. I to jest właśnie
śmieszne. Tragiczne dla ludzkości i dla każdego zarażonego, lub nieświadomego
indywiduum, a śmieszne dla absolutu i materii. Nieomylni ludzie to zawsze bohaterowie
tragifarsy. Niestety ciągle nie brak amatorów takiej roli.
Tak fizjologia jak i logika dyktuje człowiekowi KONIECZNOŚĆ
ZACHOWANIA RÓWNOWAGI, dążenie do "złotego środka", odrzucanie
wszelkich wulgarnych "albo albo". Jedność, współzależność, względność
przeciwieństw, czyli biegunów jest oczywista. Nie ma żadnego antagonizmu
przeciwieństw, jest jedność i niezniszczalność łańcucha przyczynowo-skutkowego.
Nie istnieje skutek bez przyczyny, ani przyczyna bez skutku. Zniszczenie
jednego z biegunów przeciwieństw jest katastrofalne dla drugiego, bo
przeciwieństwo jest przeciwieństwem dlatego, że egzystuje tylko wobec
przeciwieństwa. A więc RÓWNOWAGA JEST KONIECZNA, JEST PRAWEM NATURY. Trzecia
siła, a jeszcze lepiej nieskończona ilość stosunków pomiędzy przeciwieństwami -
oto droga. Pomiędzy +A i -A jest w środku A, i dookoła nieskończona ilość
różnych możliwości.
Oscylowanie wokół, ale w miarę możliwości jak najbliżej
środkowego A jest zdeterminowane uniwersalnym prawem natury, że każdej akcji
towarzyszy reakcja, równoważna reakcja, co znaczy, że trzeba być maksymalnie
ostrożnym, bo zwiększając napięcie bardzo łatwo przekroczyć można ściśle
zakreślone z obu stron "bariery istnienia": biologiczne, etyczne,
kulturowe, ekonomiczne, fizyczne, czy inne i w ten sposób spowodować ZEJŚCIE w
nicość. Zejście oczywiście nie tylko poszczególnych istnień, czy milionów
podmiotów żywych, ale zejście całych formacji, kultur, cywilizacji, ludzkości,
czy nawet całego naszego ekosystemu.
Marksizm jako filozofia, nauka, czy ideologia, popełnił
tyle błędów, że na pewno przekroczył "bariery istnienia" na wiele
różnych sposobów i liczy się już dziś tylko jako groźna metoda wykorzystywania
emocji w celu zdobywania władzy. Do utrzymywania władzy marksizm był i jest
niezdolny, bo nie posiada żadnej spójnej teorii tego swojego wymarzonego
komunizmu, do którego rzekomo zmierza. Marksizm nie posiada nieantagonistycznej
teorii rozwoju, ani żadnej teorii równowagi, teorii pracy, teorii
odpowiedzialności, czyli teorii człowieka, jako takiego. Marksizm do
utrzymywania władzy jest niezdolny, bo tylko siły fizyczną potrafi ją
egzekwować, a władać nad ludźmi można tylko IDEĄ.
Rzekomy etos marksizmu walki z wyzyskiem człowieka przez
człowieka nie jest żadnym etosem, bo nie opiera się na PRAWDZIE, ani na
rzeczywistości i nie posiada wizji świetlanej przyszłości. Co to za etos
nawołujący do walki i niszczenia wszystkiego co stare bez jakiegokolwiek
programu budowy tego nowego życia. Nie ma, nigdzie nie ma w marksizmie teorii
obiecywanego przez nich raju na ziemi, obietnicy łatwo sprawdzalnej, bo na
ziemi sprawdzalnej. Etos chrześcijański jest nieskończenie bardziej wiarygodny,
bo daje satysfakcje godnego życia na ziemi i obiecuje spełnienie po śmierci.
Chrześcijańska teza "miłości bliźniego" jest nie do porównania z tezą
Marksa "nienawiści klasowej", nie do porównania są tak z punktu
widzenia racjonalizmu jak i emocji, marksistowski etos rewolucji i zniszczenia,
z chrześcijańskim wołaniem o pokój i godność człowieka, pomimo nielogicznego chrześcijańskiego
grzechu pierworodnego i wynikających z niego rozlicznych negatywnych
konsekwencji.
Podstawową cechą
człowieka jest jego ODPOWIEDZIALNOŚĆ, czyli RÓWNOWAGA. Człowieczeństwo polega
na poszukiwaniu LOGICZNEJ prawdziwości, a więc nie sprzeczność interesów jest
źródłem postępu, lecz zrównoważony, odpowiedzialny sposób rozwiązywania
sprzeczności między ludźmi, tzn. prawidłowego rozpoznawania ludzkich
interesów. Idee, które nie chcą poddawać się kryterium odpowiedzialności i
równowagi są chimerami, a nie ideami.
"Życie jest
nieprzerwanym procesem nieskończonego wznoszenia się od stanów niższych do
wyższych" (cytat z Marksa") i odwrotnie, a każdy PROCES JEST PROCESEM
ZACHOWANIA RÓWNOWAGI.