XIX TEORIA NIEANTAGONISTYCZNEGO ROZWOJU JAKO PODSTAWA

TEORII RÓWNOWAGI

 

 

Wszystko co istnieje ma swoje przeciwieństwa, drugie bieguny, wzajemne odniesienie.

Przeciwieństwa są przeciwieństwami dlatego, że mają przeciwieństwa, że istnieją oba. Sam fakt ich współistnienia musi wytwarzać dążenie do równowagi, bo w wypadku totalnej nierównowagi, czyli w wypadku antagonizmu, czyli unicestwienia strony opozycyjnej, oba przeciwieństwa przestają istnieć naraz, a wraz z tym i cały układ. Teoria antagonizmu przeciwieństw jest nielogiczna.

Konsekwencją przeciwieństw-biegunów jest ich współzależność i współpraca, czyli funkcją jest RÓWNOWAGA względna, dążenie do równowagi. Przeciwieństwa istnieją dzięki istnieniu równowagi, równowaga istnieje dlatego, że istnieją przeciwieństwa.

Nie przeczy to dynamizmowi rozwoju i ewolucji. Nie przeczy to zmianie. Bo równowaga idealna jest również niemożliwa, istnieje zawsze RUCH, dążenie do równowagi, równowaga względna, równowaga dynamiczna.

Świat jest jedną wielką różnorodnością, jest ruchem, jest nieskończoną ilością stosunków energetycznych. Wszystko co jest, tworzy jakąś proporcję energii. Nie ma dwóch jednakowych proporcji, a ewolucja polega na ciągłym dobieraniu się, tworzeniu się coraz innych stosunków, ciągle nowej, lepszej organizacji układów materialnych. Jest to możliwe tylko w warunkach równowagi dynamicznej, która daje możliwości wyboru i reprodukowanie różnorodności. Tworzenie tej różnorodności jest wynikiem ruchów fluktuacyjnych, które sprawiają że układy nigdy nie są w pełni zrównoważone, a ich równowaga jest tylko względna. Równowaga idealna, tak jak i unicestwienie przeciwieństw, byłaby zatrzymaniem ruchu i zniszczeniem układu. Dążenie do równowagi jest ROZWOJEM, jest ewolucją, jest PRACĄ.

W stosunkach społecznych sprzeczności między ludźmi, czy grupami ludzi, są albo nieusuwalne i wtedy nie są to sprzeczności, lecz konieczności, lub są usuwalne, a wtedy nie są to sprzeczności, lecz trudności, czyli PRACA DO WYKONAMA. Wynika z tego, że żadnych sprzeczności ani antagonizmów obiektywnych nie ma. Istota konieczności, jak i trudności jest względna, tak w treści, jak i w czasie i przestrzeni, co znaczy że trwa ciągły ich ruch i zmiany, a więc konieczności przeradzają się pod wpływem takich czy innych uwarunkowań w trudności i odwrotnie, co jest również dowodem na to, że ani żadnych sprzeczności, ani antagonizmów nie ma.

Sprzeczności usuwalne, czyli praca do wykonania powoduje konieczność wybierania, która jest również poszukiwaniem równowagi. Konsekwencją pracy jest ciągły wybór, w związku z czym możliwości wyboru stają się koniecznością. Czym większe możliwości wyboru, tym bardziej intensywny staje się rozwój. Systemy społeczne ograniczające możliwości wyboru ograniczają tym samym swój rozwój i możliwości pracy. A zatem, imperatywem rozwoju jest optymalna WOLNOSĆ. Czym więcej wolności, tym więcej sprzeczności-trudności, bo czym więcej sprzeczności usuwalnych, tym więcej pracy, czyli tym większy rozwój.

PRACA JEST ROZWOJEM i warunkiem koniecznym i niezbędnym do rozwoju. Praca i wynikające z niej wybory, a nie walka i konflikty ograniczające możliwości wyboru, powoduje rozwój społeczny i POSTĘP.

PRACA I ŻYCIE JEST CIĄGŁYM WYBOREM. Nie tylko człowiek, lecz wszystko co żyje, fauna, flora, nawet najmniejsza żywa komórka, ma jakieś pole manewru, które wykorzystuje do decydowania, czyli wybierania, wybierania zawsze mniejszego zła, wybierania wzbogacania i przedłużania swego życia.

System społeczny może funkcjonować tylko w określonym ładzie społecznym, ale tylko system społeczny gwarantujący optymalne możliwości wyboru umożliwia rozwój, tak na poziomie jednostki, jak i zbiorowości.

A więc nie antagonizm, czyli nie walka przeciwieństw, jest źródłem rozwoju, lecz usuwanie sprzeczności usuwalnych, czyli usuwanie trudności zmuszające do wyboru i pracy. Walka jest tylko pozorna, z urojonym wrogiem, a antagonizmu nie ma wcale, bo unicestwienie strony opozycyjnej pociąga za sobą unicestwienie całego układu przeciwieństw. Społeczeństwa walczące z wiatrakami, opanowane maniami prześladowczymi, to społeczeństwa cofające się w rozwoju.

Stwierdzanie walki przeciwieństw jest dzieleniem czegoś co jest nierozdzielne, jest kształtowaniem formy religijnej, lub bezsensownej abstrakcji. Oddzielanie pracy od kapitału (narzędzi), proklamowanie walki klas itp. to tworzenie nowej religii objawionej. Fakt, że "prawda polega tylko na ich (refleksji) wzajemnym do siebie odniesieniu, a więc na tym, że każde z nich w samym swoim pojęciu zawiera inne" (Hegel -- za SPINOZĄ) jest dowodem, że w rzeczywistości nie ma KAPITALIZMU ani SOCJALIZMU, że nie ma WYZYSKU i WALKI KLAS, że nie istnieją KLASY, a tylko wszędzie istnieje trzecia siła, to jest RÓWNOWAGA. W społeczeństwie tak jak i w biologii każdy podmiot "wyzyskuje" i każdy podmiot jest "wyzyskiwany", czyli ten rzekomy wyzysk znosi się wzajemnie i obowiązuje równowaga względna.

Podnoszenie się możliwości adaptacyjnych społeczeństwa, czy jednostki, jest możliwe tylko w warunkach podnoszenia się możliwości wyboru i rozwoju pracy, czyli możliwości usuwania sprzeczności usuwalnych i honorowania, akcep­towania, sprzeczności nieusuwalnych, czyli konieczności.

Jeśli to co konieczne nie może być myślane, oceniane inaczej, to sprzeczność, czyli to co z "konieczności" odzwierciedla się w "sprzecznych orzeczeniach", w przeciwstawnych wypowiedziach, nie z konieczności jest faktem, nie z konieczności jest sprzecznością, lecz z subiektywnych form oceny tych konieczności. Konieczności powinny być oceniane jako konieczności, a nie jako sprzeczności. Czyli pojęcie "sprzeczności" zwłaszcza "dialektycznych", zostało stworzone dla potrzeb politycznych, na użytek "praktyki rewolucyjnej". Dialektyka wprzęgnięta w "praktykę rewolucyjną" to system pseudonaukowy, pseudofilozoficzny, przy pomocy którego wszystko i zawsze wykręcić można "kota ogonem". Dialektyka materialistyczna, rzekoma metoda umożliwiająca przekraczanie logiki klasycznej to nic innego jak "cel uświęca środki" w filozofii i ideologii marksistowskiej, to "sztuka możliwości" takiego zaczarowania odbiorcy, aby nic z tego i nie rozumiał i nie mógł się do tego przyznać, a więc jest to metoda narzucania swej supremacji, sztuczka magiczna, którą można też sprowadzić do intelektualnego poniżania ofiary. Konsekwencje polityczne są straszliwe. Na takiej to "sprzeczności" dialektycznej opiera się od 70 lat polityczna tragedia ludzkości. Widzenie rzeczywistości jako procesu sprzeczności charakterystyczne dla marksizmu, jest widzeniem, czyli nie procesem rzeczywistości, lecz procesem świadomości marksistowskiej. Wszystkie kategorie filozoficzne są dwoiste, czyli wg nich "sprzeczne", bo dają się odczytywać w obie strony. Filozofia w sensie marksistowskim to naukowe badanie uniwersalnych stosunków pomiędzy myślą a bytem, jest dialektyczną jednością tych dwóch stron, a następnie czterech, bo każda strona (byt - myśl) znów jest dwoista, sprzeczna, i tak dalej do kwadratu powstaje nieskończoność sprzecznych, konfliktowych stron, których "różnica zawarta jest w dialektycznej jedności". Jest to bardzo wygodne, polityczne widzenie, "filozoficzne", "naukowe" tworzenie walki rewolucyjnej. Dwie strony medalu do niedawna utożsamiali ze sprzecznością, sprzeczność z konfliktem, konflikt z antagonizmem, ale gdy zabawa staje się zbyt bezpośrednio niebezpieczna, gdy podjudzać do MORDU już nie można, to znajdują filozoficzną, dialektyczną "różnicę zawartą w jedności" (np. "pokojowe współistnienie jako wyższe stadium „walki klas"). Magicy wyciągający gołębia z rękawa. Filozofowie. Naukowcy. Materialiści. Sprzeczność formalnologiczną (nie-logikę) w swoich mózgach pomiędzy żądzą upokorzenia innych "zdroworozsądkowych wymądrzycieli", a swymi możliwościami, utożsamiają z tworzonymi przez siebie antagonizmami rzeczywistości. Oczywisty fakt istnienia świata nie jest dla nich dowodem jego harmonii i równowagi, czyli błędności ich antagonistycznych teorii, lecz inspiracją do jego zmiany wg ich "materialistycznych" wizji, czyli do zniszczenia starego śmiecia. Klasy i grupy społeczne tworzone są przez ludzi, a więc ludzie są również w stanie je rozmontowywać, i ustawicznie przecież to się dzieje, bo przecież wszystko jest procesem, ale nie wg marksizmu dialektycznego, stwier­dzającego SPRZECZNOŚĆ I KONFLIKT NIE DO POGODZENIA, możliwy do usunięcia tylko wraz ze zniszczeniem struktury, a nawet całego społeczeństwa.

Sprzeczności i konflikty nie do pogodzenia nigdy nie istnieją, bo gdyby istniały, świat by nie istniał. Sprzeczności antagonistyczne są wytworem tylko i wyłącznie naszych mózgów, są błędem sztuki myślenia. Realność wynika ze współpracy i współzależności wszystkiego ze wszystkim.

Eugeniusz Duhring przyjmując w 1874 roku w swej Filozofii Rzeczywistości że, "sprzeczne to kategoria możliwa tylko w kombinacji myślowej, ale nie w rzeczywistości. W rzeczach nie ma sprzeczności, czyli innymi słowy, sama realnie założona sprzeczność jest szczytem niedorzeczności" (Anty-Duhńng Engelsa) miał oczywiście rację. W rzeczach nie ma sprzeczności i dlatego są rzeczy. Wieża Eifla stoi tylko dlatego, że jest bezbłędna. Atom jest atomem dzięki brakowi sprzeczności w sobie. Sprzeczność nie jest kategorią materialistyczną, lecz idealistyczną, której zawsze błędna, bo broniąca się przed niebytem, myśl jest źródłem. Engels przyznaje brak sprzeczności w rzeczach "w stanie spoczynku i martwoty", ale w materii w ruchu widzi samą sprzeczność i stwierdza: "sam ruch jest sprzecznością, .... ciało znajduje się w jednym, a równocześnie w innym miejscu, znajduje się w jednym i tym samym miejscu i nie znajduje się w nim. To nieustanne wywoływanie i jednoczesne rozwiązywanie tej sprzeczności stanowi właśnie ruch." Duhring na to: "dotąd w ogóle nie ma "w racjonalnej mechanice mostu między stanem ściśle statycznym a stanem dynamicznym." A Engels na to: "Teraz czytelnik widzi nareszcie, co się kryje za tym ulubionym zwrotem pana Duhringa; nic innego jak to, że metafizycznie myślący umysł nijak nie potrafi przejść od idei spoczynku do idei ruchu, gdyż zamyka mu drogę wspomniana wyżej sprzeczność. Ruch właśnie dlatego, że jest sprzecznością, jest dlań po prostu niepojęty. A utrzymując, że ruch jest niepojęty, sam mimo woli przyznaje, że w samych rzeczach i procesach tkwi obiektywnie sprzeczność, która na dobitkę jest rzeczywistą siłą." (wszystkie cytaty z Anty­Duhńnga Engelsa). A więc Engels przyznanie się Duhringa do niewiedzy kwalifikuje jako dowód obiektywnie istniejących sprzeczności w materii, czyli przyznaje sobie "ponadczasowe" prawo "naukowe" do proklamowania "dialektyki materialistycznej", czyli "idealizmu materialistycznego" i byłoby to jak najbardziej w porządku, ja nie określałbym tego "metafizyką", gdyby on jednocześnie nie ustanawiał twardej linii "albo-albo" pomiędzy tzw. idealizmem i tzw. materializmem. A jak ja bym rozstrzygnął w.w. spór Engelsa z Duhringiem? Nie ma w ogóle sprzeczności pomiędzy stanem ściśle statycznym, a stanem dynamicznym, bo wszystko jest procesem, ruchem, więc nie ma w ogóle stanu statycznego. Ruch nie jest sprzecznością, bo nie ma bezruchu. Ruch nie jest sprzecznością, bo nie jest negowaniem, lecz przenoszeniem, przetwarzaniem, pracą, WYDATKOWANIEM ENERGII.

 Pokonanie przestrzeni, przemieszczenie ciała z jednego miejsca  na drugie, nie jest pokonaniem sprzeczności tego ciała, nie jest negowaniem tego ciała, lecz negacją przestrzeni, miejsca. W fakcie ruchu nie możemy więc dopatrywać się sprzeczności rzeczy, lecz ewentualnie negowanie ruchu, miejsca. Ale co to jest miejsce, gdzie jest punkt odniesienia miejsca w nieskończoności? A może, nie ma wcale żadnego ruchu i  zmiany miejsca? To samo jest z czasem, z ruchem w czasie. Negacja i negacja negacji, nie jest sprzecznością rzeczy, lecz formy, bo materia rozumiana jako energia jest niezniszczalna, nie ginie. Nie materia ulega negacji, lecz jej organizacja, jej formy istnienia j.np. czas i przestrzeń. A więc i w tym wypadku sprzeczność nie leży w rzeczach, lecz ewentualnie w ich formach istnienia, czyli negacji dopatrywać się można w obrębie czasu lub przestrzeni. Istnieją więc najwyżej sprzeczności czasu i przestrzeni. Ale jaki jest punkt odniesienia dla czasu wobec wieczności i dla przestrzeni wobec nieskończoności? Co jest poza przestrzenią i poza czasem? Jeśli nie ma odniesienia, może nie ma wcale żadnego ruchu i zmiany czasu? Ruch w przestrzeni i czasie jest tylko i wyłącznie ruchem materii i materia jest wobec tego wtórna, bo materia ulega ruchowi, a nie ruch materii. Czym fest materia? Najprawdopodobniej jakimś stosunkiem energii. A energia ruchem? Co jest odniesieniem energii, czasu i przestrzeni? NICOŚĆ. Czy abstrakcyjnie rzecz biorąc, RUCH jako taki, czy ruch może być sprzecznością tzn. ulegać negowaniu?

Tylko w tym wypadku, jeśli zaprzeczymy BYT jako taki, jeśli zaprzeczymy istnieniu świata, materii, przestrzeni, czasu i wszystko określimy jako IDEE, czyli tylko w wypadku czystego idealizmu.

A więc z mojego rozumowania, logicznego, a nie "dialektycznego wynika dobitnie, że nie ma sprzeczności, ani w rzeczach, ani w materii, ani w ruchu w przestrzeni i czasie.

SPRZECZNOŚĆ DIALEKTYCZNA - podstawowa kate­goria tzw. materializmu dialektycznego jest produktem tylko i wyłącznie myśli, czyli myśli idealistycznej, spekulacją "boskiego rozumu", istnieje tylko dzięki "wąskim gardłom" ludzkiej fizjologii.

Sprzeczność dialektyczna wg definicji marksistowskiej to SPRZECZNOŚĆ PRZEDMIOTOWA. A i B tworzy sprzeczność jeśli: 1/ współistnieją w czasie, 2/ wzajemnie się wyodrębniają, (wykluczają - bo A nie jest B) 3/ nie mogą się bez siebie obyć, 4/ oddziaływują na siebie wzajemnie.

Gdzie i w czym tu jest "sprzeczność"? Co ocenione tutaj może być jako "sprzeczne"? Wg tej nielogicznej definicji WSZYSTKO, KAŻDE POJĘCIE ocenić można jako "sprzeczność dialektyczną", czyli każde przeciwieństwo jest "sprzecznością dialektyczną", ale nie logiczną, bo nic tu nie przeczy jedno drugiemu i nic tu nie działa jedno przeciw drugiemu, nie ma w tym nic przeciwstawnego. Marksistowska "sprzeczność dialektyczna" to pojęcie dla mnie ani logiczne, ani materialistyczne, ani gnoseologiczne (naukowe) - pojęcie nawet wg marksizmu czysto idealistyczne, wydumane dla potrzeb politycznych. Definicja tej "sprzeczności dialektycznej" jest nie-logiczna, bo wyodrębnianie się nie jest wykluczaniem się, odwrotnie, jeśli nie mogą się bez siebie obyć i oddziaływają na siebie wzajemnie i współistnieją w czasie to nigdy nie mogą się wykluczać i wcale nie jest pewne czy się wyodrębniają, czy nie stanowią JEDNOŚCI wyższego rzędu (np. A i B są częściami alfabetu). Każde przeciwieństwo jest jednością, która nigdy nie może się wykluczać, a wyodrębnienie jest tylko pozorne, bo jedno bez drugiego nie może się obyć.

Wiele pytań bez odpowiedzi wynikających z mojego rozumowania na temat sprzeczki Engelsa z Duehringiem, czyli materii, energii, ruchu, czasu, przestrzeni, wieczności, nicości itd. itp. jest oczywistością i najlepszą odpowiedzią na nie jest: JA NIE WIEM! I nie wierzę twierdzeniom marksistów, że oni wiedzą, dzięki przekroczeniu klasycznej logiki tzn. dzięki "dialektyce materialistycznej", czy dzięki "materializmom dialektycznemu". NIE WIERZĘ. Sprzeczność nie jest dla mnie żadną sprzecznością, lecz nie-logiką, lub ewentualną niewiedzą, czyli inspiracją do pracy i wobec tego konieczności rozszerzania sfery wolności.

Cała filozofia marksistowska, wszystkie marksistowskie nauki społeczno-polityczne, tzw. materializm dialektyczny i historyczny, opierają się na kategorii "sprzeczności dialektycznej", nie mają oni jednak żadnej spójnej teorii tej "sprzeczności". Z filozofii Hegla można było wywnioskować sprzeczność nieantagonistyczną i następnie nieantagonistyczną teorię rozwoju, bo HEGEL DAŁ WŁAŚCIWIE POCZĄTEK TEJ TEORII. Marks i Engels dokonali nazywane wg nich "materialistyczne odwrócenie" Hegla, rzekomo stojącego na głowie Hegla postawili na nogi i ogłosili swoją dialektykę materialistyczną i sprzeczność antagonistyczną uznali za najważniejszą kategorię naukową, chociaż nie dokonali żadnej analizy tej sprzeczności; a sam Marks miejscami wręcz zaprzeczał antagonizmowi. Również Engels np. w Dialektyce Przyrody wyrażał wątpliwości co do antagonizmu w przyrodzie. Lenin też bardzo rzadko używał określenia "antagonizm". Jednak cały marksizm do sześćdziesiątych lat naszego wieku, a właściwie nawet do dzisiaj, utożsamia sprzeczność z antagonizmem. Ani Marks, ani Engels, ani Lenin ani Stalin, nie zrobili również żadnej analizy podstawowej kategorii swej rewolucji. Nie wykonali również żadnej analizy przyszłościowego społeczeństwa bezkla­sowego, nie zostawili żadnej teorii nieantagonistycznego rozwoju, do którego rzekomo zmierzali. A więc wszystko na wodzie byku pisane. Dopiero w latach 60-tych Mao-Tse-Tung podzielił "sprzeczność dialektyczną" na antagonistyczną i nieantagonistyczną. Później jeszcze Lucien Seve i wielu innych filozofów marksistowskich usiłowało nadrobić te niedobory teoretyczne dzieląc sprzeczność na antagonistyczną i nieantagonistyczna a te z kolei na wiele innych sposobów. Zrobili to oczywiście pod presją wymogów politycznych, a nie "naukowych". Lucien Seve w swojej pracy pt. "Próba wprowadzenia do filozofii marksistowskiej" krytykuje Mao, ale jego propozycje nie wiele się różnią, tylko całkiem sztucznie usiłują uzasadnić różnicę pomiędzy sprzecznościami antagonistycznymi i nieantagonistycznymi uwarunkowaniami czasowymi i przestrzennymi. Również wszyscy inni jak mogą tak gmatwają sprawę i wywijają kota ogonem, mętlik jest niesamowity i dochodzi do tego, że niektórzy widzą sprzeczność antagonistyczną tylko w systemie społecznym i to tylko w obecnym. Skąd ten wyjątek ? Dlaczego przyroda obdarzyła tylko ludzki system społeczny antagonizmem ? I dlaczego jeszcze dziś antagonizm jest, a jutro już go nie będzie ? Marksiści tego nie wyjaśniają, wielu podtrzymuje stare stalinowskie rozumienie "sprzeczności dialektycznej" i wszyscy kurczowo sprzeczności antagonistycznej się trzymają, jak tonący brzytwy. Jasne dlaczego. Bo jak zrezygnują ze sprzeczności antagonistycznej, to zrezygnują z całego marksizmu, bo właśnie to pojęcie, tzn. sprzeczność nie do pokonania, w której jedno z przeciwieństw musi zniszczyć drugie, taka sprzeczność i taka walka tych przeciwieństw jest usprawiedliwieniem, legitymizacją dalszych podstawowych kategorii "materializmu dialektycznego", a mianowicie kategorii: REWOLUCJI, DYKTATURY PROLETARIATU, KLAS i WALKI KLAS. Czyli jest to tylko i wyłącznie polityka. Kategoria pseudofilozoficzna jako filar polityki. Fałszywa świadomość. Ideologia (ale błędna, bo nieskuteczna). Pojęcie wyabstrahowane spekulatywnie jako legitymizacja władzy i panowania. Nic nowego i przecież marksizm od początku do końca do tego się przyznaje stwierdzając, że odbicie rzeczywistości w myślach człowieka jest zawsze "partyjne", czyli stronnicze, czyli że nie ma żadnej wartości "naukowej", "obiektywnej". Czyli że nie jest żadnym materializmem, a znacznie bardziej szkodliwym od Hegla idealizmem, bardziej szkodliwym, bo destruktuującym pracę, demoralizującym człowieka, i zagrażającym zniszczeniem nie tylko struktury i systemu społecznego, ale zniszczeniem całej ludzkości.

NIE MA ŻADNYCH SPRZECZNOŚCI POMIĘDZY LUDŻMI. SĄ albo KONIECZNOŚCI, albo TRUDNOŚCI, czyli jest PRACA DO WYKONANIA.

Wszystko co istnieje materialne, istnieje w czasie i w przestrzeni, czyli w ruchu, to co istnieje poza czasem i przestrzenią jest niematerialne, a więc tylko niebyt, NIEMATERIA, może być w stanie ściśle statycznym, w bezruchu. Nieskończony łańcuch materialnych zależności przyczynowo-skutkowych jest łańcuchem elementów (systemów) istnienia, a nie łańcuchem sprzeczności, nie ma bowiem sprzeczności między przyczyną a skutkiem, jest natomiast ich wzajemne uwarunkowanie, RÓWNOWAGA. Jakakolwiek sprzeczność antagonistyczna byłaby zerwaniem tego łańcucha i zejściem w nicość, w niebyt. A więc nie w ruchu należy upatrywać sprzeczności, jak tego dowodził Engels, bo dopóki jest ruch, jest życie i materia, lecz w bezruchu, w niematerii. Sprzeczności można ewentualnie doszukiwać się poza czasem i przestrzenią. Wzajemnym odniesieniem do czasu , przestrzeni i ruchu, jest niebyt, nicość, czyli jakieś pojęcie BOGA. Jeśli istnieje czas musi też istnieć NIE-CZAS, wieczność. To co istnieje w bezruchu, to co istnieje poza czasem, to PIERWSZA PRZYCZYNA, która wprawiła w ruch łańcuch przyczynowo skutkowy, to to, do którego zmierza ten bezkolizyjny, bezsprzecznościowy łańcuch, to INTERES wszystkiego, CEL OSTATECZNY, sprzeczność istnienia materialnego, niebyt materialny, czyli DUCH, IDEA WIEKUISTA, BÓG. Engels wierząc i dowodząc istnienia sprzeczności w rzeczach udowadniał bezwiednie istnienie Boga, a tak się zarzekał, że taki jest ateista.

Czysta logika dowodzi istnienia Boga, ale Boga bez wszelkich dodatkowych "akcesoriów", którymi ubierają go ludzie nielogiczni. A przede wszystkim, bez grzechu pierworodnego.

Rozwój łańcucha przyczynowo skutkowego, czyli rozwój materii i życia wymaga i przebiega dzięki współzależności i współpracy, czyli dzięki brakowi sprzeczności. Antagonizm to śmierć, zejście w niebyt. Kultywowanie sprzeczności jest bezsensownym zabijaniem życia, materii i rozwoju.

Marksiści twierdzą, że "sprzeczność dialektyczna" jest nieredukowalna i nieporównywalna ze sprzecznością formalnologiczną, bo pierwsza dotyczy przedmiotów i występuje w płaszczyźnie przedmiotowej, a druga, formalnologiczna dotyczy sądów o przedmiotach, lub pojęć formułowanych przez podmiot poznający, czyli występuje w płaszczyźnie podmiotowej. Byłoby to bardzo istotne i bardzo logiczne stwierdzenie, gdyby było prawdziwe, tzn. gdyby faktycznie sprzeczność formalno-logiczna była odzwierciedleniem istniejących sprzeczności w rzeczach, ale tak nie jest, bo sprzeczności w rzeczach nie ma, jest całkiem odwrotnie, kontradyktoryczność idei marksistowskiej stworzyła sprzeczność rzeczy, czyli "sprzeczność dialektyczną", a nie sprzeczność rzeczy tworzy nie-logikę marksistowską. Podmiot poznający oddziaływuje zawsze na to swoje poznanie, czyli na tą swoją naukę o przedmiotach. "Sprzeczność dialektyczna" nie dotyczy przedmiotów, bo jest tworem myśli o przedmiotach, a nie tworem przedmiotów.

Czy ja nie wpadam w nową skrajność? Oczywiście tak, ale czy w ogóle jest możliwe inne, nie skrajne stanowisko? Zawsze chyba zaprzeczenie jakiejś "prawdy" jest skrajnością wobec niej. Z tym, że rozwijana przeze mnie idea jest weryfikacją nie tylko wobec myśli marksistowskich, ale również wszystkich innych antagonistycznych systemów, których jest bez liku i które obowiązują powszechnie w myślach ludzkich, a więc ja staram się znieść nie tylko podział "wyzyskujący - wyzyskiwany", ale też weberowski podział "wróg - przyjaciel", i religijny "bogobojny - bezbożny", czyli wierny czy nie wierny, chrzczony czy nie chrzczony i wszystkie inne podziały. Nie ma ludzi niewiernych. Każdy człowiek w coś wierzy, każdy ma swoją utopię, "wir sind Utopie", utopia jest w nas - oto światło człowieczej drogi. Możliwość wyboru, wolność optymalna jest tym naszym światłem i ono przede wszystkim musi mieć możność się świecić. Dlatego podział filozoficzny na "idealizm" i "materializm" jest wg mnie również nie do przyjęcia z punktu widzenia "obiektywnego", jest podziałem politycznym, w którym pierwotna jest myśl, a nie materia. Moja skrajność jest "trzecim członem", "złotym środkiem", pomiędzy +A i -A jest w środku A, które tak "materialistyczne odwrócenie" dialektyki Hegla, jak i tzw. idee "burżuazyjne" pomijają dla celów politycznych. Wiesław Sztumski np. pisze tak: "W gruncie rzeczy tym właśnie, co nazywa się "walką", jest oddziaływanie wzajemne czy "przenikanie się"  "przeciwieństw", oddziaływanie będące siłą napędową rozwoju" - i to byłoby bardzo piękne i całkowicie zgodne z nieantagonistyczną wizją rozwoju wynikającą z Hegla, gdyby nie te konsekwencje: rewolucja i zniszczenie, destrukcja pracy o olbrzymich negatywnych skutkach dla rozwoju społecznego. Dalsze twierdzenie Sztumskiego w artykule pt. "Dialektyka prawidłowości rozwoju", że "w rzeczywistości więc oba te pojęcia ("sprzeczności dialektyczne, przedmiotowe, i sprzeczności formalnologiczne, w płaszczyźnie poznawczej)  są nieredukowalne, choć sprzeczność logiczna jest odzwierciedleniem sprzeczności dialektycznych systemów materialnych w świadomości człowieka" jest wg, mojego widzenia bardzo wygodnym przerzuceniem winy z człowieka na materię (czyli na Boga) za swoją niewiedzę i swoje różne odchylenia, dewiacje itp. i ich konsekwencje w postaci regresu. I co gorsza, marksiści w ten sposób twierdzą, że sprawa jest beznadziejna, bo jeśli taka "sprzeczność" przedmiotowa istnieje to jej usunąć przecież nie można. Tymczasem ja twierdzę, że pokonanie "sprzeczności" formalnologicznych, czyli błędów i niewiedzy rozumu, redukuje wyimaginowane "sprzeczności" dialektyczne materii, że materia jest, bo sprzeczności rzeczywistych nie ma, że "proletariusz", czy "kapitalista", jest tylko w swoim "boskim rozumie", a nawet nie w swojej świadomości, a tylko w swojej deklaracji i nigdy nie jest w rzeczywistości, tym proletariuszem czy kapitalistą, bo przede wszystkim jest człowiekiem. Nie ma żadnego wyzysku, bo wszyscy wyzyskują i wszyscy są wyzyskiwani, nie ma socjalizmu i nie ma kapitalizmu, bo jest RÓWNOWAGA. "Powszechne w świecie dążenie do zachowania równowagi" nie można nazywać "walką przeciwieństw", tak jak robią to marksiści, bo nie jest to walka, lecz współpraca, jest to ciągle nowy WYBÓR MIĘDZY STOSUNKAMI ENERGII, ciągle nowe zorganizowanie materii, które nie przychodzi skokowo, jak marksiści swoim prawem o przechodzeniu ilości w jakość to tłumaczą, lecz jest procesem ciągłym, każda zmiana ilości jest zmianą jakości. Jest dla mnie niezmiernie ciekawe jaką boską dialektyką tzn. jaką logiką współzależności z całością bytu i niebytu, materii, ruchu, czasu i całą inną pełną ogólnością, tłumaczą marksiści sprzeczność formalnologiczną pomiędzy swym twierdzeniem, że sprzeczności klasowe są nie do pokonania, a swym programem pokonania tych sprzeczności i utworzenia społeczeństwa bezklasowego? Jest to wielki dla mnie znak zapytania i nigdzie w literaturze tematu odpowiedzi nie znajduję. W mojej teorii nieantagonistycznego rozwoju "sprzeczności nieusuwalne", czyli KONIECZNOŚCI, są sprzecznościami nieusuwalnymi, a więc nie są one "antagonistyczne", ich zniszczyć nie można w żaden nawet najbardziej rewolucyjny sposób, ale jak zaznaczyłem to już wyżej, nieusuwalność i usuwalność sprzeczności jest względna i w ciągle] zmianie, w ciągłej ewolucji, co znaczy, że ewolucja, czyli ciągła zmiana organizacji materii, czyli ciągle nowy wybór stosunku energii, nie jest nieodwracalna, czego dowodem jest wg mnie odkrycie teorii mgławicy Kanta i jego niewątpliwie słuszne przepowiednie dezorganizacji i rozbicia systemu słonecznego. Wynikało by z tego, że twierdzenie Francois Jacobs'a, że ewolucja jest ciągłą zmianą organizacji materii, a nie zmianą materii, jest błędne. Nie tylko organizacja, ale i materia ulega ciągłym zmianom ewolucyjnym, bo wg mnie sama materia jest stosunkiem energii, który jest również w ciągłym ruchu, trwa stale nowy wybór stosunku, czyli organizacji energii. Jeśli materię utożsamiać będziemy z energią, z napięciem, to Jacobs ma rację, ale jeśli materia i energia, to dwie różne rzeczy, jeśli materia składa się po prostu z energii, a chyba tak właśnie sprawy stoją, bo rozróżniamy przecież ruch od materii, to Jacobs nie ma racji.

W przyrodzie i również w społeczeństwie ludzkim trwa bez przerwy ewolucja. Marksistowskie prawo przechodzenia ilości w jakość dowodzące rzekomego rozwoju skokowego i naturalności rewolucji jest również "polityczne", - cel uświęca środki, sztuka możliwości. Rewolucja nie jest żadnym rozwojem, nie jest skokiem do przodu, lecz skokiem do tyłu. Zmiana ilości jest zmianą jakości, KAŻDA ZMIANA ILOSCI JEST ZMIANĄ JAKOŚCI i to jest właśnie ewolucja, powolna i stała zmiana. WYBOR, a nie konflikt, wybór ciągle lepszego stosunku energii - oto ewolucja.

Darwinowskie określenie ewolucji jako doboru naturalnego jest doskonałym terminologicznym oddaniem rzeczy.

Ewolucja jest zawsze wynikiem jakiegoś wyboru, wyboru zawsze w bardzo dużym stopniu zdeterminowanego, ale jednak wyboru mniejszego zła. Wszystko co żyje, ma jakieś pole manewru, każde zwierzę, każda roślina, każda żyjąca komórka szuka swej drogi wzbogacania i przedłużania swego życia i wybiera, decyduje, a więc ma jakąś swoją świadomość, interes, logikę, etykę i wg nich kształtuje swój byt, swoją organizację. Wobec tego jeśli ewolucji podlega organizacja materii, czy organizacja energii jeśli materię utożsamimy z energią, czyli jeśli ewolucji podlega układ materii, a nie sama materia (jak to pisze F.Jacobs w Historia i dziedziczność str. 438) i jest to jakiś wybór tej organizacji, to nie jest to funkcją materii, ewolucja nie jest funkcją materii, lecz idei. Materia narzuca warunki, ale realizacja jest funkcji energii, idei, zasady witalnej, ducha.

Ewolucja, czyli ciągle nowa organizacja materii ma niewątpliwie swój cel, INTERES, którym na pewno nie są straty energii, lecz dążenie do ciągle nowego, lepszego stosunku energii. Jeśli więc teraz zastosujemy moją definicję ewolucji do stosunków społecznych (tzn. twierdzenie, że ewolucja jest ciągłym polepszaniem stosunku energii) otrzymujemy genezę konkurencji i wynikających z niej konfliktów. Konkurencja i konflikt jest naturalną konsekwencją ewolucji biologicznej, doboru naturalnego, wyboru mniejszego zła. A więc wyjaśnienie zmian społecznych i rozwoju wbrew R. Dahrendorfowi i wielu innym teoretykom można i trzeba wytłumaczyć za pomoc jednego, uniwersalnego czynnika, a mianowicie ewolucji biologicznej i co za tym idzie ewolucji społecznej, czyli ekonomii jako takiej. Ale konkurencja i konflikt nie mają charakteru antagonistycznego, bo konkurencja trwać może tylko wśród konkurujących, czyli konkurencja i konflikt nie zmuszają wcale do niszczenia, lecz do wybierania, produkują różnorodność, a więc nierówność, nie są wcale dysfunkcją, lecz funkcją struktury ewolucji. Wobec tego wszelkie dążenia do egalitaryzmu są sprzeczne z rozwojem i naturą, są niesprawiedliwe i nierealne, bo są projektami utopijnymi realizowanymi mniejszą lub większą opresją totalitarną bez sensu, bo bez skutku, a właściwie ze skutkiem odwrotnym. Aprioryczne twierdzenia marksistów i innych utopistów, że nie istniała i nie istnieje inna alternatywa bardziej humanitarnej i postępowej drogi rozwoju tzw. grup upośledzonych są co najmniej nielogiczne, bo żadna utopia u władzy żadnej grupy upośledzonej nie likwiduje, a odwrotnie, walcząc z przyrodą, walcząc z naturalną ewolucją, sztucznie tworzy nowe i wielkie grupy upośledzone. Prawdziwą i jedyną szansą emancypacji tzw. grup upośledzonych jest ich własna ewolucja dokonywana własnym naturalnym wysiłkiem. Status quo nigdy i nigdzie nie istnieje, bo ewolucja i zmiana ciągle trwa, więc obiektywne interesy grup nieposiadających wiążą się z ich pracą mającą na celu posiadanie, i z ich wyborem systemu umożliwiającego posiadanie, a nie z "historyzmem" takiego czy innego utopisty nawołującego do celów ostatecznych. "Ależ my nie mamy celu ostatecznego. JESTEŚMY REWOLUCJONISTAMI, wcale nie zamierzamy dyktować ludzkości jakichś praw ostatecznych." mówił Engels w wywiadzie dla "Le Figaro" i do dzisiaj to samo mówią nadal wszyscy marksiści. Rewolucja jest ich celem ostatecznym i ciągłym. Jak bezwstydnie to brzmi po ujawnianiu ciągle nowych zbrodni dokonanych przez rewolucjonistów przeciwko rewolucjonistom. Chorzy ludzie. Rewolucja to agresja, a agresja to choroba, czyli nieład społeczny.

Aby osiągać rozwój ład społeczny musi sympatyzować z postulatami rozwijania wolności, ale nie anarchii, która jest po prostu utratą równowagi i która niszczy społeczeństwo jako takie.

Postulaty rewolucji, czy nawet radykalnej przebudowy, to postulaty albo reakcyjne jeśli zmierzają do ograniczenia możliwości wyboru, a co za tym idzie ograniczenia pracy, albo dowody braku równowagi i zdolności adaptacyjnych, gdy zmierzają do rozszerzenia możliwości wyboru i pracy.

Ponieważ walka przeciwieństw jest pozorna, to konflikt społeczny poza konkurencją jest wynikiem albo braku równowagi systemu społecznego albo różnych dysfunkcji jak np. dewiacji, patologii, społecznych chorób psychicznych (np. fałszywej świadomości rewolucyjnej) itp. wymagających jakichś programów terapii, nowych ideologii, nowych religii, bo stare najwidoczniej nie są zdolne do pozytywnego sterowania uczuciami ludzkości, lub innych programów przywracających równowagę.

Równowaga systemu społecznego zależy od wielu czynników, jest wielopoziomowa i wielostrukturowa. W związku z tym niedobory równowagi na jednym poziomie mogą być wyrównywane w sposób naturalny lub wymuszony przez jakąś równowagę innych poziomów lub podsystemów. Np. brak równowagi wewnętrznej jakieś mocarstwo wyrównuje agresją zewnętrzną.

Konfliktowy model społeczeństwa nie istnieje nigdy w rzeczywistości, bo model bez równowagi musi zniszczyć społeczeństwo. Rzekoma konfliktowość jest pozorna, jest procesem ewolucyjnym i ciągłym poszukiwaniem równowagi. Rozchodzenie się rzeczywistości społecznej z jej idealnym modelem nie wynika z naturalnej, koniecznej sprzeczności w jakie popada rzeczywistość sama ze sobą, lecz z braku rozeznania interesu i braku możliwości wyboru, czyli hamowania normalnej ewolucji przez siły odśrodkowe, czyli dysfunkcje, dewiacje, patologie i inne niekonieczne, usuwalne trudności w ewolucji życia organizmu społecznego. MECHANIZMY HAMOWANIA ROZWOJU NIE SĄ OBIEKTYWNĄ SPRZECZNOŚCIĄ NIE DO POKONANIA, LECZ PRACĄ DO WYKONANIA.

Powszechnie spostrzegana konfliktowość stosunków społecznych i jednocześnie pod powierzchnią tej konfliktowości i sporów obowiązujący consensus moralny, są dowodem że konflikty są pozorne, bo mogłoby ich nie być, że dysfunkcje, dewiacje, patologie, że NIEZROZUMIENIE CO JEST CO, nierozpoznanie interesu, jest tylko nierozpoznaniem interesu, a nie jego brakiem, czy jego sprzecznością. INTERES rozwoju życia nie może być konfliktowy, sprzeczny sam ze sobą, przeciwny sobie. Bo nie byłby interesem. I po co ? Najistotniejszą najgłębszą treścią ładu społecznego jest jego INTERES, a nie odchylenia tego interesu. Bez względu na spory ludzi co do ocen tak szczegółowych jak i najbardziej fundamentalnych istnieje niezależny od tych spierających się ludzi, INTERES społeczeństwa, czyli consensus moralny nie musi być uzgodniony, ani osiągnięty, on istnieje jako sedno interesu ludzkości. Spory czy consensus jest ułudą, czy odwrotnie, że konfliktowość jest pozorna, są jałowe i bez sensu, bo są to spory co do powierzchni, co do formy, bezsporna jest treść, INTERES PRZEZYCIA, RÓWNOWAGA, współpraca i współzależność przeciwieństw, złoty środek, trzeci człon. Tzw. KONWERGENCJA, czyli przenikanie i upodabnianie się systemów społecznych, trwała, trwa i będzie trwała zawsze i ciągle, bo jest to po prostu proces ewolucyjny ludzkości, dążenie do równowagi.

Nieustanna zmiana, ewolucja, nie jest konfliktem, lecz konkurencją, wyborem i pracą. NIEZGODA jest targiem o cenę KUPNA-SPRZEDAŻY, na której to transakcji toczy się życie każdego społeczeństwa, jak i każdej jednostki. A więc konkurencja i niezgoda nie jest konfliktem nieusuwalnym i musi być pokonana poprzez pracę. Kupno-sprzedaż, WYMIANA dokonywana przez odpowiedzialnego za swe czyny człowieka jest wyborem ciągle lepszego stosunku jego energii, czyli sposobem zachowania się społecznego, sposobem ewolucji i rozwoju.

Zależności jednych członków społeczeństwa od innych, jeśli są nieusuwalne, czyli nie są przedmiotami wymiany w ramach istniejących możliwości wyboru, a więc jeśli nie są do usunięcia poprzez pracę, takie zależności nie powinny powodować niezgody i konfliktów, a jeśli je powodują, to są to konflikty pozorne - walka z wiatrakami. Przymus wynikający z zależności obiektywnych, jest przymusem pozornym, którego żadne, najradykalniejsze rewolucje nie są w stanie wyeliminować. A z kolei przymus pochodzący z zależności usuwalnych, tzn., dających się zredukować poprzez wybór, transakcje, pracę, jest przymusem też pozornym, w normalnych warunkach możliwości zawierania transakcji, dokonywania wyboru i wykonywania pracy. W systemach społecznych nienaturalnych, niezrównoważonych, nie dających możliwości wyboru, istnieje przymus fizyczny, lecz jest on zawsze elementem dezintegracji i dowodem panującej nierównowagi życia społecznego, który prędzej czy później musi doprowadzić albo do zmiany, albo do zniszczenia tego społeczeństwa. Przymus nieusuwalny nie jest przymusem, lecz koniecznością, przymus usuwalny jest pracą do wykonania. Każdy członek społeczeństwa z tytułu swej przynależności do niego ma nie tylko prawa i korzyści, lecz również musi ponosić zrównoważone ofiary, czyli ma obowiązki. Jeśli prawa i obowiązki nie są zrównoważone, różnica musi powodować dezintegrację i doprowadzić albo do wyrównania, albo do rozbicia społeczeństwa.

Twierdzenie, że każde społeczeństwo opiera się na przymusie stosowanym przez jednych jego członków w stosunku do innych jest bardzo prymitywnym uproszczeniem, lub oszustwem mającym na celu legitymizację takiego czy innego przymusu. To uproszczenie polega na nierozróżnianiu przymusu wypływającego z konieczności nieusuwalnej (np. biologicznej) i przymusu wypływającego ze sprzeczności usuwalnych, tzn. z trudności, czyli z pracy do wykonania. Np. tzw. przymus ekonomiczny nie jest żadnym przymusem, lecz koniecznością siły wyższej jaką, jest ekonomia, obowiązkiem pracy na rzecz społeczeństwa, w zamian otrzymywanych od systemu ekonomicznego różnych korzyści i możliwości. Tzw. przymus ekonomiczny jest koniecznością nieredukowalną przez żaden inny system, a najmniej przez biurokrację, czy militaryzację życia. Ekonomia jest procesem ewolucyjnym takim samym jak ewolucja biologiczna, czy kulturowa, jest ciągłym poszukiwaniem lepszych proporcji energetycznych.

Praca, jej rozwój i podział, jest główną przyczyną (poza wielu innymi) wyłaniania się różnych, sprzecznych ze sobą, poglądów o INTERESIE i co za tym idzie przyczyną wyłaniania się grup rzekomo pozostających ze sobą w konflikcie. Skonstatowanie istnienia grup o różnych mniemaniach na temat interesu, czyli ujawnienie, że jakaś grupa społeczna, a właściwie jakiś pogląd społeczny decyduje w ostatniej instancji o ustanawianiu i sprawowaniu władzy, czyli organizowaniu pracy, inwestycji i stosunków zależności z tej organizacji wynikających, nie jest jednoznaczne z konstatowaniem panowania takiej czy innej grupy, czy "klasy". Ktoś w ostatniej instancji zawsze musi decydować, bo przecież decyzje, czy poglądy na interes mają to do siebie, że muszą być przez kogoś ukształtowane, i powzięte, realizowane, ale ta ostatnia instancja jest formowana stale płynną interakcją, wyborem mniejszego zła i pracą całego społeczeństwa wraz z jego dewiacjami i nawet wraz z patologiami. Interes jest jeden i wspólny, ale percepcje tego interesu są różne i konfliktowe, walka między nimi, wypracowywanie tej ostatniej instancji, jest w ostatecznym rachunku dziełem nie takiej czy innej grupy, lecz całego społeczeństwa i całej ludzkości. Praca, a nie chimery, a nie świadomość, decydują w ostatniej instancji, praca kształtuje stosunek sił pomiędzy różnymi grupami i praca kształtuje w ostatniej instancji zmiany struktury społecznej, czyli władzy i stosunków zależności. Rozwój, czyli praca i jej potrzeby, kształtują myśli, praca jest pierwotna, a idea wtórna.

Teoria Nieantagonistycznego Rozwoju jest zneutralizowaną ideologicznie (bo zatomizowaną) wizją świata, w której jest tylko jedna racja: RÓWNOWAGA - środek wszystkich innych racji - ukazuje bezsens wszystkich innych prawd antagonistycznych. Teorie antagonistyczne opierają się zawsze na dwóch prawdach: "albo - albo", np. albo prawda "kapitalistów" jest prawdziwa, albo prawda "proletariuszy" jest prawdziwa, czy albo prawda katolików irlandzkich jest prawdziwa, albo prawda protestantów irlandzkich jest prawdziwa. Ale już przy tylko dwóch partnerach jakiejkolwiek gry intelektualnej, np. gry w szachy, istnieje wg mnie aż 16 możliwości stosunków tych prawd wobec siebie, a mianowicie:

1/ obaj partnerzy gry mają rację, i obaj trafnie oceniają drugiego,

2/ obaj partnerzy mają rację, ale obaj błędnie oceniają drugiego,

3/ obaj mają rację, ale X trafnie, a Y mylnie oceniają siebie,

4/ obaj mają rację, ale Y trafnie, a X mylnie oceniają siebie, 5/ obaj nie mają racji i obaj trafnie oceniają przeciwnika, 6/ obaj nie mają racji i obaj mają błędne percepcje drugiego, 7/ obaj nie mają racji, ale X trafnie, a Y błędnie się oceniają, 8/obaj nie mają racji, ale Y trafnie, a X blednie się oceniają,

9/ X ma rację, Y nie ma racji, ale obaj trafnie oceniają, sytuację, 10/ X ma rację, Y nie ma racji, ale obaj błędnie oceniają,

11/ X ma rację, Y nie ma racji, ale X trafnie, a Y błędnie oceniają,

12/ X ma rację, Y nie ma racji, ale Y trafnie, a X błędnie oceniają,

13/ Y ma rację, X nie ma racji, ale obaj trafni mają percepcję strony przeciwnej,

14/ Y ma rację, X nie ma racji, ale obaj błędnie się oceniają, 15/ Y ma rację, X nie ma racji, ale Y trafnie, a X błędnie oceniają,

16/ Y ma rację, X nie ma racji, ale X trafnie, a Y mylnie oceniają.

Jeśli więc w stosunkach tylko 2 uczestników jakiejkolwiek gry - a przecież ekonomia, ideologia, polityka i całe życie ma charakter gry - można znaleźć 16, może i więcej możliwych stosunków tej gry, to ile możliwości kryje się w grze wszystkich przeciwko wszystkim? Czy jest w ogóle możliwe znalezienie PRAWDY OBIEKTYWNEJ grając przeciwko sobie i ile niebezpieczeństw kryje się za wszystkimi tymi percepcjami i wynikającymi z nich decyzjami? Czy nie lepiej wcale nie grać przeciwko innym, a za PRAWDĘ OBIEKTYWNĄ przyjąć JEDNOŚC, z której najlepsi gracze i najlepsi matematycy i najwięksi filozofowie, nic więcej poza tą JEDNOŚCIĄ ,wyciągnąć nie zdołają? Nieantagonistyczna Teoria Rozwodu nie przewiduje przeciwników, nie jest grą i nie znajduje nigdzie żadnych dwoistości, żadnego diabła i piekła, żadnego dobra i zła, jest tylko jeden cel: INTERES, tożsamy z LOGIKĄ i Etyką, Odchylenie od tej triady nie jest żadną, "sprzecznością", lecz po prostu NIEZROZUMIENIEM WŁASNEGO INTERESU.

Przeciwieństwa nie są dwoistością, czy sprzecznością, przeciwieństwa są, jednością. Pomiędzy -1 a +1 znajduje się 1, znajduje się RÓWNOWAGA i to jest obiektywną PRAWDĄ. Jakikolwiek stosunek tej prawdy, to już nieprawda, to po prostu jakieś odchylenie od normy, niewiedza, dewiacja, choroba, czy patologia. Prawda jedności jest prawdą całości, natomiast wszelkie prawdy klasowe. grupowe, religijne, czy nacjonalistyczne, czyli wszelkie prawdy antagonistyczne nie są prawdami, są sprzeczne z interesem, logiką i etyką, są sprzeczne z ewolucją i biologią.

Falsyfikacja wszystkich teorii antagonistycznych przebiega wg mnie następującym rozumowaniem: ewolucja jest ciągle lepszą organizacją materii, czyli ciągłym wyborem lepszego stosunku energii, czyli ciągłym poszukiwaniem jakiegoś "zysku" biologicznego, lub ekonomicznego, co właściwie na jedno wychodzi. Uniwersalne prawo, że każdej akcji towarzyszy reakcja uruchamia konkurencję, czyli właśnie ujawnienie się tych Heglowskich sprzeczności, które zmuszają do wyboru "mniejszego zła", produkowania różnorodności, przechodzenia ilości w jakość. Wybieranie "większego zła" powoduje straty energii i dlatego odbiega od normy, wynika ze złej kondycji podmiotu wybierającego, np. błędnej percepcji zamiarów innych podmiotów i mylnego rozeznania rzeczywistości, albo odbiega od normy psychicznej i jest rezultatem mniejszej lub większej agresji, czy takiej czy innej manii (poczucia upośledzenia, manii wielkości, lęku itp.). Normalny proces życia człowieka, czyli przeżywanie uczuć powstawania, dojrzewania, dojrzałości i zamierania, jest rozwojem pokojowym, bo rozwojem konieczności i trudności do pokonania, a uczucia anormalne nie akceptujące konieczności i nie umiejące poradzić sobie z trudnościami do pokonania na tej życiowej drodze, obarczające winą za tę swoją upośledzoną, sytuację życiową innych, np. "antagonizmy", lub "boga, który zsyła tyle nieszczęść na biednych ludzi", tworzą wynikające z tych negatywnych uczuć RELIGIE i IDEOLOGIE WOJUJĄCE. W społeczeństwie tak jak i w całej biologii wszystko co żyje jest wyzyskiwane i jednocześnie wszystko co żyje wyzyskuje, a więc ten rzekomy wyzysk znosi się wzajemnie i w warunkach równowagi nie powinno być grup upośledzonych. Jeśli nawet różne formy wyzysku np. fizycznego, lub przy pomocy oszustwa, czy inne, tu i wszędzie się trafiają, to nie są to antagonizmy, czyli "sprzeczności" nie do pogodzenia, a tylko trudności, czyli praca do wykonania. Dlatego moim zdaniem wszystkie TEORIE ANTAGONISTYCZNEGO ROZWOJU SĄ CHOROBAMI SPOŁ.ECZNYMI opartymi na błędnej percepcji. Świat jest chory, bo światowa polityka przeciwstawia interes etyce stosując dewizę "cel uświęca środki" i powszechnie kultywuje antagonistyczne kontrakcje myślowe: "wierny-niewierny", "wyzyskujący-wyzyskiwany", "wróg-przyjaciel" itp. Teorie społeczne i polityczne oparte na tzw. antagonizmach ograniczają możliwości wyboru, psychicznie lub fizycznie zniewalają człowieka i powodują olbrzymie straty energii i dlatego prędzej czy później muszą upaść. Systemy sprzeczne z naturalnymi prawami rozwoju, czyli nieekonomiczne, nie są w stanie wyżywić zniewolone społeczeństwa. Wolność i demokracja muszą zwyciężyć ze względów ekonomicznych, czyli WOLNOŚĆ I DEMOKRACJA są zdeterminowane ewolucją biologiczną. Marksistowskie i scjentystyczne twierdzenia, że "nie jest "prawdą”, że skoro jakaś rzecz jest naturalna, przez to jest też "dobra" ' (Francois Jacobs, Gra Możliwości, str.43), czyli twierdzenie, że człowiek jest mądrzejszy od przyrody, projekty "klonowania polityków" i innej genotechnologii są oczywistą brednią. Nie przyroda jest ułomna, lecz człowiek wymyślający podziały mające na celu wywyższanie się nad innych i nad przyrodę. Ta potrzeba supremacji, wywyższania się i dychotomizowania nie jest wynikiem jakiegoś ogólnego instynktu agresji, gdyż takowy u olbrzymiej większości ludzi nie istnieje, lecz jest wynikiem agresji wąskich grup ludzkich, lub poszczególnych osobników tworzących i realizujących agresywne teorie, religie, ideologie.

Wyartykułowana tu przeze mnie Teoria Nieantagonistycznego Rozwoju jest teorią POKOJU POWSZECHNEGO opartą nie na objawieniu, lecz wydedukowaną z logiki rozumu i potwierdzoną przez tysiące pokoleń praxis. Jest to całościowa wizja rozwoju, w ramach której tendencja nie jest narzucana odgórnie przez jakąś wielką jednostkę czy centralną instancję zarządzającą lecz jest wypadkową działań podmiotów jednostkowych w oparciu o wolną "grę" (pracę) sił politycznych, gospodarczych i kulturalnych, która to wolna gra wywodzi się z PRAW NATURY. Istnieje i istniała ona zawsze w praktyce w każdym społeczeństwie, czyli jest to teoria uniwersalna i ponadczasowa, ponad historyczna. Jednakże zrozumienie jej, świadome zaakceptowanie i oparcie na niej nauk społeczno politycznych da w rezultacie znacznie bardziej przyśpieszony ROZWÓJ POWSZECHNY, ZDROWIE, POKÓJ. Tylko ideologia oparta na tej teorii może być konkurencyjna wobec religii, co szczególnie w Polsce ma wielkie znacznie. Tylko ta teoria jest faktycznym "przezwyciężeniem" marksizmu, jest oddzieleniem istoty od pozorów, przełamaniem "całkowitej bezsilności" Sartre'a, "zniweczeniem dotychczasowego sposobu istnienia jednostek, wraz z którym znika jednocześnie owo przeciwieństwo i jego jedność" (Ideologia Niemiecka Marksa). Dopiero ta teoria jest usatysfakcjonowaniem poszukującego prawdziwości człowieka o przekonaniach laickich, tzn. logicznych. Jest to TEORIA MIŁOŚCI, albowiem jedno przeciwieństwo bez drugiego żyć nie może. Jest to optymistyczna TEORIA SPRAWIEDLIWOŚCI oparta nie na instynkcie, ale wynikająca z INTERESU i poprzez LOGIKĘ przekształcająca się w ETYKĘ, bo zgodnie z tą teorią każdy ostatecznie dostaje to na co zasługuje i każdy musi zapłacić za wszystko to co dostaje, bo każdej akcji towarzyszy reakcja i tak jak w przyrodzie, tak i w społeczeństwie nic nie ginie, NAWET W NASZYCH KOMÓRKACH UKŁADU NERWOWEGO. To, że w przyrodzie nic nie ginie i że za wszystko trzeba zapłacić jest teorią sprawiedliwości dystrybutywnej wynikającą nie z objawienia i nie WYSPEKULOWANEJ rozumem, czyli spekulacją ludzi, lecz SPRAWIEDLIWOŚCIĄ NATURY, bo ETYKA I SPRAWIEDLIWOŚĆ wywodzą się z biologii, czyli z UCZUĆ, bo życie jest ciągłym uczuciem. Uczucia pozytywne są zgodne z etyką i sprawiedliwością, bo są sprzyjające ROZWOJOWI, a uczucia negatywne są sprzeczne ze wzbogacaniem i przedłużaniem życia i dlatego niezgodne ani z interesem, ani z logiką, etyką i sprawiedliwością.

INTERES, LOGIKA I ETYKA, są wg tej teorii ze sobą tożsame i wywodzą się z biologii, z PRZYRODY. Dopiero z tej teorii nieantagonistycznego rozwoju wyprowadzenie teorii RÓWNÓWAGI i HARMONII da im makrosocjologiczny wydźwięk.

Prekursorem TEORII RÓWNOWAGI był niewątpliwie Arystoteles, który pisał np. w "Politika" : "Państwo składa się z nierównych części, tak jak istota żyjąca składa się przede wszystkim z duszy i ciała, dusza z rozumu i woli, rodzina z męża i żony, posiadłość z pana i niewolnika; wszystkie te części różnorodne, i inne jeszcze prócz tego, obejmuje i państwo...". W przeciwieństwie do Platona, który uwypuklał jedność, Arystoteles wskazywał na współpracę różnorodnych części, które nie tracąc niezależności i dzięki tej niezależności należycie funkcjonują i wytwarzają harmonię całości społeczeństwa.

Teorie ładu społecznego, równowagi, czy homeostazy sformułowali w ramach socjologii amerykańskiej tzw. funkcjonaliści pod wodzą Talcotta Parsonsa (1902-1979), ale wywodząc ją z teorii działania i systemu społecznego. Jeden z licznych naukowców tej szkoły Pierre L. van den Berghe następującymi słowami ją określa : "Chociaż integracja nigdy nie jest doskonała, systemy społeczne zasadniczo znajdują się w stanie dynamicznej równowagi, tj. przystosowawcze reakcje na zmiany zewnętrzne zmierzają do minimalizacji zmiany wewnątrz systemu. Dominującą tendencją jest więc tendencja do stabilności i bezwładu, utrzymująca się dzięki wbudowanym w system mechanizmom przystosowania i kontroli społecznej .... Dysfunkcje, napięcia i dewiacje istnieją i mogą być długotrwałe, ostatecznie jednak zmierzają one do zaniku lub instytucjonalizacji. Inaczej mówiąc, doskonała równowaga czy też integracja nie zostaje wprawdzie nigdy osiągnięta, ale stanowi granicę, ku której system społeczny zmierza."

Ja bym powiedział, że względna równowaga stosunków społecznych jest warunkiem sine qua non istnienia społeczeństwa jako takiego, czyli instytucjonalizacja dysfunkcji, czy dewiacji nie zmienia ich postaci rzeczy, czyli pozostaje dysfunkcją, czy dewiacją, zinstytucjonalizowanym zakłóceniem równowagi i prędzej czy później zmierzać musi również do zaniku, lub wytwarzać jakieś systemy przeciwważące (np. "rewolucyjna świadomość prawna" została przemieniona w instytucje "praworządności socjalistycznej", a ta z kolei wytworzyła natychmiast mafie i mafie w mafiach). Gdyby nie automatyczne wykształcanie się interakcji wyrównujących dysfunkcje i dewiacje to np. rewolucyjna droga marksistów niszczenia nieusuwalnych sprzeczności (przemieniona przecież w potężne instytucje) byłaby przekroczeniem granicy równowagi i likwidacją nie struktury i nie systemu, lecz likwidowaniem danego społeczeństwa, a nawet w czasach obecnych całej ludzkości.

Społeczeństwo jest żyjącym organizmem i tak jak autonomiczny organizm osobniczy może żyć tylko we względnej równowadze, jeśli nie w harmonii. Czym dalej posunięta harmonia wszystkich poszczególnych elementów, czym bardziej harmonijna współpraca, tym intensywniejszy rozwój i piękniejszy twór życia, a czym silniejsze zakłócenia tym nędzniejsze i krótsze życie. Ideał jest oczywiście nieosiągalny, ale ciągłe dążenie do niego jest właśnie życiem. Pewne bariery, dolna i górna, jak np. temperatura ciała, są w ogóle nieprzekraczalne pod groźbą natychmiastowego zejścia ze sceny życia. Równowaga rozwoju psychicznego i fizjologicznego musi być również zachowana, bo wszelkie odejścia od normy, muszą powodować, przykre konsekwencje tak dla fizjologii jak i dla świadomości. A więc również w społeczeństwie każda ideologia wymierzona w równowagę, każde zniekształcenie i wynaturzenie poszczególnych członów i sfer życia ludzkości powodują zagrożenie życia całej społeczności.

Antagonistyczna teoria rozwoju zakładająca nierównowagę materialnej bazy stosunków społecznych i jej nadbudowy, charakteryzująca się znacznym przerostem, przewagą czynników agresywnej świadomości nad realnymi możliwościami bazy, programująca zniszczenie jednych warstw społecznych i totalne panowanie innych, nie przyjmująca do wiadomości ponadklasowego interesu całego gatunku, nie akceptująca konieczności harmonijnej współpracy i współzależności wszystkich niesłychanie różnorodnych elementów życia społecznego - każda taka ideologia jest wynaturzeniem, dewiacją, powoduje wielkie szkody i zmierza do zniszczenia całego skomplikowanego systemu harmonii i samoregulacji. Teoria walki klas propagująca nienawiść klasową jest teorią zniszczenia, teorią nierównowagi, prowadzącą do chaosu lub samozagłady, nieadekwatną do potrzeb ludzkości.

Fizjologowie i historycy często zastanawiają się  czy przyszłość świata nie zależy po prostu od czynności gruczołów człowieka? Podobno, co oczywiście wcale nie jest pewne, u Napoleona znaleźli postępującą chorobę Babińskiego-Friihlicha, czyli tzw. zwyrodnienie tłuszczowo­ płciowe (dystrofia adiposogenitalis), wywołującą zaburzenia w hormonalnych czynnościach przysadki mózgowej i tej chorobie przypisują ostatnio jego wiele porażek i całą klęskę. Podaję to jako przykład wielkiej ważności zdrowia fizjologicznego, a co za tym idzie i psychicznego wielkich przywódców dla całych społeczeństw i ludzkości.

Po ich dziele poznajemy mistrzów. Podmiot tworzący i poznający oddziaływuje na tworzony przedmiot, czyli przedmiot dostosowuje się do podmiotu. Filozofia, nauka i ideologia Marksa i marksistów programująca i gloryfikująca gwałt, rewolucję, dyktaturę, mówi wszystko o ich twórcach i wyznawcach, a społeczeństwa pozostające pod ich panowaniem poznały na własnej skórze to "piękno" tych wzniosłych idei.

Dla mnie nie ulega najmniejszej wątpliwości, ze źródłem agresywnych teorii Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina, Hitlera, Mao i ostatnio np. fanatyzmu Chomeiniego, były jakieś upośledzenia twórców, jakieś tendencje sadystyczno­masochistyczne, kompleksy niższości i ukryte psychozy strachu. Używanie siły wynika z poczucia słabości. Strach jest przyczyną agresji. Niezrozumienie konieczności jest źródłem samobójczego usiłowania oszukania, przechytrzenia historii, wymanewrowania logiki, prowadzenia ludzkości na manowce, samooszustwa.

Ale czy faktycznie takie różne samooszustwa są możliwe? Czy oni nie wiedzą co czynią ? Moim zdaniem nie, to niemożliwe. Każdy człowiek ma jakieś poczucie rzeczywistości, widzi i osądza swoje i cudze błędy i winy. Sprawa trwa już setki i tysiące lat. Doświadczenie toczy się szybko i jest niezmiernie bogate, stawiano do rozwiązania już miliony i miliardy równań i rachunków do zapłacenia. Moim zdaniem nie, żaden z tych tzw. rewolucjonistów, nie jest rewolucjonistą, żaden z tych, żądających śmierci dla inaczej myślących nie posiada wyższej stoickiej świadomości, zrozumienia konieczności, żaden z nich nie jest wyzwolony ze swej chuci i uniezależniony od fizjologii, od swojej manii prześladowczej, potrzeby udowodnienia swojej wyższości, potrzeby wynikającej z kompleksu niższości. Każdy z nich wie co czyni, ale jest fatalistą i oszustem. Stoicka świadomość zrozumienia konieczności jest wyzwoleniem cielesnym i duchowym, jest zwycięstwem nad sobą mającym siły i odwagę przyznania się do swej własnej znikomości, słabości i błędu. Odwrotnie od fatalizmu, który jest małodusznym poddawaniem się kompleksowi niższości i nie przyznawaniem się do błędu. Każdy z tych naukowych, czy religijnych dzierżymordców i oszustów rzekomo powodujących się nauką, czy religią, nie jest zdolny do poniesienia konsekwencji, przyjęcia odpowiedzialności za swoje błędy formalno-logiczne. Wszystkie ich dogmaty, przykazania, wiary, jak i wszystkie ich samokrytyki, to tylko maska ściśle personalnych interesów, a właściwie błędnego mniemania o swoich ściśle personalnych interesach, a nie żadna świadomość rewolucyjna. Bohaterzy tej tragikomedii nie zdają sobie sprawy ze swej śmieszności i nędzy. Każdy poszczególny podmiot powołując się na interes publiczny faktycznie powoduje się swym błędnym wyobrażeniem swego ściśle osobniczego interesu. Maska. Bo, czy obiektywnie rzecz traktując interesy każdej poszczególnej jednostki nie są całkowicie zbieżne z interesem całego kosmosu ? Oczywiście tak. Oczywiście interes publiczny jest interesem jednostki i odwrotnie, w interesie jednostki leży interes publiczny. A więc rozbieżność interesów pochodzi tylko i wyłącznie z błędów sztuki, z niezrozumienia konieczności, z niewykonania pracy, z nieuświadomienia faktycznych swych interesów i nieumiejętności ich uzgodnienia z interesami publicznymi. Czyli błąd sztuki. Fałszywa świadomość. Przesąd. Obiektywnie nie ma rozbieżności interesów. Rozbieżność interesów jest tylko domniemana w naszych mózgach. Maska kryje wcale nie interesy, bo interesy są obiektywnie wspólne, maska kryje strach i głupotę, upośledzenia nieomylnych chwalców rozumu. I to jest właśnie śmieszne. Tragiczne dla ludzkości i dla każdego zarażonego, lub nieświadomego indywiduum, a śmieszne dla absolutu i materii. Nieomylni ludzie to zawsze bohaterowie tragifarsy. Niestety ciągle nie brak amatorów takiej roli.

Tak fizjologia jak i logika dyktuje człowiekowi KONIECZNOŚĆ ZACHOWANIA RÓWNOWAGI, dążenie do "złotego środka", odrzucanie wszelkich wulgarnych "albo ­albo". Jedność, współzależność, względność przeciwieństw, czyli biegunów jest oczywista. Nie ma żadnego antagonizmu przeciwieństw, jest jedność i niezniszczalność łańcucha przyczynowo-skutkowego. Nie istnieje skutek bez przyczyny, ani przyczyna bez skutku. Zniszczenie jednego z biegunów przeciwieństw jest katastrofalne dla drugiego, bo przeciwieństwo jest przeciwieństwem dlatego, że egzystuje tylko wobec przeciwieństwa. A więc RÓWNOWAGA JEST KONIECZNA, JEST PRAWEM NATURY. Trzecia siła, a jeszcze lepiej nieskończona ilość stosunków pomiędzy przeciwieństwami - oto droga. Pomiędzy +A i -A jest w środku A, i dookoła nieskończona ilość różnych możliwości.

Oscylowanie wokół, ale w miarę możliwości jak najbliżej środkowego A jest zdeterminowane uniwersalnym prawem natury, że każdej akcji towarzyszy reakcja, równoważna reakcja, co znaczy, że trzeba być maksymalnie ostrożnym, bo zwiększając napięcie bardzo łatwo przekroczyć można ściśle zakreślone z obu stron "bariery istnienia": biologiczne, etyczne, kulturowe, ekonomiczne, fizyczne, czy inne i w ten sposób spowodować ZEJŚCIE w nicość. Zejście oczywiście nie tylko poszczególnych istnień, czy milionów podmiotów żywych, ale zejście całych formacji, kultur, cywilizacji, ludzkości, czy nawet całego naszego ekosystemu.

Marksizm jako filozofia, nauka, czy ideologia, popełnił tyle błędów, że na pewno przekroczył "bariery istnienia" na wiele różnych sposobów i liczy się już dziś tylko jako groźna metoda wykorzystywania emocji w celu zdobywania władzy. Do utrzymywania władzy marksizm był i jest niezdolny, bo nie posiada żadnej spójnej teorii tego swojego wymarzonego komunizmu, do którego rzekomo zmierza. Marksizm nie posiada nieantagonistycznej teorii rozwoju, ani żadnej teorii równowagi, teorii pracy, teorii odpowiedzialności, czyli teorii człowieka, jako takiego. Marksizm do utrzymywania władzy jest niezdolny, bo tylko siły fizyczną potrafi ją egzekwować, a władać nad ludźmi można tylko IDEĄ.

Rzekomy etos marksizmu walki z wyzyskiem człowieka przez człowieka nie jest żadnym etosem, bo nie opiera się na PRAWDZIE, ani na rzeczywistości i nie posiada wizji świetlanej przyszłości. Co to za etos nawołujący do walki i niszczenia wszystkiego co stare bez jakiegokolwiek programu budowy tego nowego życia. Nie ma, nigdzie nie ma w marksizmie teorii obiecywanego przez nich raju na ziemi, obietnicy łatwo sprawdzalnej, bo na ziemi sprawdzalnej. Etos chrześcijański jest nieskończenie bardziej wiarygodny, bo daje satysfakcje godnego życia na ziemi i obiecuje spełnienie po śmierci. Chrześcijańska teza "miłości bliźniego" jest nie do porównania z tezą Marksa "nienawiści klasowej", nie do porównania są tak z punktu widzenia racjonalizmu jak i emocji, marksistowski etos rewolucji i zniszczenia, z chrześcijańskim wołaniem o pokój i godność człowieka, pomimo nielogicznego chrześcijańskiego grzechu pierworodnego i wynikających z niego rozlicznych negatywnych konsekwencji.

Podstawową cechą człowieka jest jego ODPOWIEDZIALNOŚĆ, czyli RÓWNOWAGA. Człowie­czeństwo polega na poszukiwaniu LOGICZNEJ prawdziwości, a więc nie sprzeczność interesów jest źródłem postępu, lecz zrównoważony, odpowiedzialny sposób rozwiązywania sprzeczności między ludźmi, tzn. prawidło­wego rozpoznawania ludzkich interesów. Idee, które nie chcą poddawać się kryterium odpowiedzialności i równowagi są chimerami, a nie ideami.

"Życie jest nieprzerwanym procesem nieskończonego wznoszenia się od stanów niższych do wyższych" (cytat z Marksa") i odwrotnie, a każdy PROCES JEST PROCESEM ZACHOWANIA RÓWNOWAGI.