Rozdział XI

TNR I WSPÓŁCZESNA NAUKA

11.1. Niemożliwość obiektywizmu w nauce.

W tym miejscu pozwoliłem sobie przypomnieć moje konstatacje z książki pt. Nieantagonistyczna Teoria Rozwoju – Ideologia Ofiar (Frankfurt/Main 1989) o zaprzeczaniu „naukowości” (wiarygodności) nauki. Nauka, według mnie, nie jest i nigdy nie może być nauką pozytywną, a tym bardziej obiektywną, albowiem niezawodna i obiektywna METODA NAUKOWA NIE ISTNIEJE! Nauka według TNR jest refleksją, namysłem, SZTUKĄ. Metoda naukowa nie istnieje (nawet w najbardziej ścisłej z nauk – matematyce) gdyż DECYZJE podejmowane w trakcie badania naukowego (i to niezależnie od metody badawczej) są subiektywne, a więc nie są decyzjami naukowymi, lecz są decyzjami naukowca. To naukowiec decyduje, a nie nauka.

Już w trakcie przyporządkowywania pojęć do stanów faktycznych i symboli do pojęć, każdy naukowiec może zrobić to cokolwiek inaczej, a konsekwencje z tego wynikające mogą być niesamowite. Następnie, w każdym badaniu każdego „naukowca”, a wg mnie  ARTYSTY (lub sztukmistrza), pomiędzy przejściami badania wyliczonymi formalnie ścisłym rachunkiem logicznym, lub matematycznym, naukowiec musi decydować o takim czy innym „kierunku” badania, czyli ustalać, wyznaczać jego dalszy ciąg i CEL. Czyni to pod wpływem czynników i motywów naukowych, ale również nienaukowych – zależnych od subiektywnych właściwości naukowca, od jego instynktu, precyzji, intuicji, genetyki, moralności, środowiska, wychowania, konwencji, temperamentu, prawa, interesów finansowych (jego i jego zleceniodawcy, pracodawcy), poczucia niebytu – ŚMIERCI, elementów niepełności wiedzy i problemów z językiem – itd.. itp. W każdym badaniu DECYZJE są najważniejsze, bo chociaż decyzje są przeplatane metodologią, to one stanowią o treści i rezultatach badania. Poza tym jest rzeczą nieprawdopodobną by kiedykolwiek można było podejmować decyzje uwzględniające wszystkie „pro” i „kontra”, czyli zawsze człowiek musi działać i wybierać opierając się na niedostatecznych przesłankach. Czynnik intuicji posiada w nauce olbrzymie znaczenie.

Poza tym każdy podmiot poznający ingeruje w przedmiot, co też jest  przyczyną nieobiektywności nauki. Te argumenty dowodzą, że żadna NAUKA nie jest „nauką” gwarantującą pozytywność wyników poznawczych, lecz jest twórczością subiektywną, SZTUKĄ, a każdy „naukowiec” nie jest naukowcem, lecz ARTYSTĄ. Człowiek się uczy, ale nigdy nie jest nauczony. Racjonalność w naukach ma wszelkie cechy estetyczności i dlatego też TNR kojarzy naukowca z artystą. Co oczywiście nie znaczy, że jest to deprecjonowanie nauki i że naukowiec nie może dochodzić do prawdy, dobra i piękna.

Różne obserwacje konkretnych faktów są odizolowane i ich koordynowanie dokonywane jest przez poszczególne indywidualne osobowości badających, co, moim zdaniem, uniemożliwia istnienie nauki jako takiej, a tworzy sztukę.

Jak pisze Roger Penrose: „Określając stan początkowy układu newtonowskiego musieliśmy podać położenia oraz prędkości wszystkich cząstek, gdyż inaczej nie moglibyśmy wyznaczyć dalszej ewolucji układu.”[109] Znaczy to, że do wyznaczenia jakiegokolwiek stanu czy jakiejkolwiek ewolucji jakiegokolwiek układu konieczne jest podawanie parametrów wszystkich czynników biorących udział w tym układzie, a więc również dane dotyczące przeciwieństwa bytu czyli niebytu i przeciwieństwa zdarzenia, ruchu, czyli bezruchu. Żadni naukowcy tego nie robią i nigdy nie zrobią, gdyż parametry ruchu i bezruchu, nieskończonej przestrzeni i czasoprzestrzeni, są niewspółmierne. Podstawowy nowy składnik modelu fizycznej rzeczywistości, opisany przez TNR to wektory bezsiły niebytu będące rzeczywiście i samodzielnie istniejącymi obiektami. Ale ani tych, ani żadnych danych człowiek nie jest w stanie wyliczyć ze względu na brak wspólnych miar dla bytu i niebytu, oraz ze względu na ingerencję badacza w przedmiot badania, co udowodnił Heisenberg zasadą nieoznaczoności. Te fakty dowodzą też, że „prawdziwa” nauka nie jest możliwa i musi być tylko zbiorem BARDZO przybliżonych hipotez.

W dużym stopniu istotą nauki jest dokonywanie pomiarów, tymczasem wiemy już z doświadczenia i z różnych teorii, że dokładny pomiar nie jest nigdy i nigdzie możliwy, a więc nauka w swej istocie jest tylko przybliżaniem się wiedzy do jej apogeum. Z tego wynika wniosek, że wiedza naukowa nic się nie różni od wiedzy filozoficznej i metafizycznej.

Przede wszystkim jednak nauka wprzęgnięta jest w służbę użyteczności, którą, aby osiągać, musi dokładnie przewidywać przyszłość, a co najmniej ją w przybliżeniu prognozować. To dlatego najistotniejszą funkcją nauki są pomiary różnego rodzaju.

TNR odkrywa uniwersalne prawo natury, generalnie do wszystkiego się stosujące, na podstawie, którego i dzięki któremu Wszechświat istnieje, jest w ruchu, rozwija się, wszystko „się kręci”. Tym prawem jest PRAWO ISTNIENIA, jednoznaczne z prawem korelacji przeciwieństw, czyli prawo równowagi względnej przeciwieństw. Według tego prawa Istnieje tylko to, co jest objęte relacją korelacji przeciwieństw, czyli znajduje się w stanie równowagi względnej przeciwieństw. Jest obojętną kwestią, jaka jest ta korelacja, lub w jakim stosunku istnieje ta równowaga względna. Faktem, moim zdaniem, dowiedzionym i koniecznym jest jakaś równowaga względna przeciwieństw, gdyż przekroczenie jej skutkuje NIEISTNIENIEM danego jestestwa. Byt istnieje tylko w stosunku, na tle niebytu, niebyt istnieje tylko w stosunku do bytu. a więc mamy prawo natury, któremu podlegają wszystkie odkryte fakty i zdarzenia. Wszystkie następnie dostępne nam i odkryte prawidłowości przyrody j. np. „nieantagonizm przeciwieństw”, wynikają z naszego uniwersalnego prawa istnienia (korelacji przeciwieństw), są jego konsekwencjami. Znaczy to, że poznajemy poprzez te prawa fragmenty historii i historie Wszechświata, bytu i niebytu, w ogóle i w szczególe. Opis każdego fragmentu historii i każdego faktu czy zdarzenia daje nam możność określania determinacji zdarzeń i poprzez naukowe pomiary dawałoby człowiekowi jakieś możliwości przewidywania przyszłości.

Niestety, ogólnie rzecz biorąc jesteśmy całkiem blisko prawdy, ale obliczać przyszłość w szczegółach możemy w bardzo wąskim zakresie. Ze względu na wiele ograniczeń, z których zasadnicze są dwa:

fakt, że jesteśmy zawsze w środku układu zniekształca zawsze wszelkie pomiary. Działa tu prawo nieoznaczoności Heisenberga. Oddziaływanie podmiotu na przedmiot i potęgujące się zniekształcające działania wszystkich tych czynników uniemożliwia praktyczną możliwość przewidywania przyszłości.

czynników biorących udział w ewentualnych obliczeniach równowagi względnej, czyli prawa istnienia, jest tak wiele, że nigdy człowiek, nawet z pomocą genialnych maszyn, nie nadąży za naturą i nigdy nie starczy mu CZASU na wykonanie obliczeń przeszłości i teraźniejszości, a cóż dopiero mówić o przyszłości.

Równowagę względną dwóch czynników (np. Ziemi i Księżyca) dosyć łatwo matematycy obliczają. Gdy jednak na tą równowagę składają się 3,4,5,10 czynników (np. Układ Słoneczny) już niezbyt dokładnie jest to możliwe, a na historię Wszechświata mają wpływ miliardy czynników, których ilość zwiększa się w trybie postępującym. Np. zanim jesteśmy w stanie jako tako obliczyć pogodę na jutro ona już dziesięć razy uległa zmianie. A więc problem przewidywalności nie jest problemem nauki (determinizmu i indeterminizmu), lecz jest to problem czasu i zdolności obliczeniowych człowieka. Rejestracja faktów i wyciąganie wniosków jest procesem postępującym i nieskończonym i nigdy człowiekowi nie starczy CZASU na pełne i szczegółowe rozstrzygnięcie problemów. Filozoficzne formuły TNR jako tako na ogólne pytania filozoficzne odpowiadają i rozstrzygają stare dylematy, ale nie są to rozstrzygnięcia naukowe, lecz filozoficzne. Nauka jako taka, jest zdaniem TNR, niemożliwa, bo metoda naukowa jest niemożliwa.

Comte, czołowa postać klasycznego pozytywizmu, twierdził, że istnieje jedna metoda naukowa polegająca na obserwacji zjawisk i koordynowanie ich przez tworzenie praw, ale zapominał zupełnie, że to koordynowanie i to tworzenie dokonywane jest zawsze przez poszczególnych uczonych, czyli poddane subiektywnym decyzjom (aktom woli), czyli nie jest to „jedna naukowa metoda”, lecz każdy uczony, a nie tylko każda nauka, ma swoją własną „metodę”, która za każdym doświadczeniem jest inna i wobec tego nie jest ona „pozytywna”, nie jest  „naukowa”. Metoda ma docierać do przyczyny i skutku, ale tego nie osiąga, bo zawsze badacz lub jego przyrząd ingeruje w przedmiot badania, a poza tym porządek zakłócany jest zderzeniami z przypadkowością, czyli z niezależnymi ciągami innych przyczyn i skutków, czy wręcz nieprzewidywalnymi zdarzeniami bez przyczyny. To samo dotyczy tzw. procedury Comte’a tzn. stosowania hipotez, dedukowania i sprawdzania – każdy z punktów tej procedury jest inaczej stosowany przez każdego innego uczonego, czyli nauka nie jest obiektywną nauką, bo nie ma tu żadnej „obiektywnej” metody, czy „naukowej” procedury. Za wzór doskonałej metody naukowej Comte uznaje rozwiniętą i abstrakcyjną matematykę, naukę rzekomo czysto dedukcyjną, zapomina przy tym jednak, że wszystkie dedukcje i abstrakcje dokonywane są zgodnie z decyzjami matematyków, a decyzje te są subiektywnymi aktami woli, czyli nigdy nie są „naukowe”. Poza tym matematyka i logika to tylko symbole i narzędzia nauki, a nie nauka. Aby obejść ten problem „filozofia pozytywna” Comte’a usiłuje stworzyć, krytykowaną przez innych pozytywistów, mglistą „metodę subiektywną”, która rzekomo jest również „pozytywna” i jest zdolna osiągnąć syntezę twierdzeń naukowych zmierzających do zaspokojenia potrzeb, czyli do reorganizacji społeczeństwa, bo według pozytywizmu ostatecznym celem i potrzebą nauki jest reorganizacja społeczeństwa. Czyli w istocie nauce chodzi o wyszukiwanie tzw. „środków zaradczych” służących ujarzmianiu człowieka i ludzkości. Przeczy to w końcu całej filozofii pozytywnej: Comte wprowadza wizję państwa „pozytywnego” (wzorując się na Platona koncepcji państwa filozofów), rządzonego oczywiście przez pozytywistów. Wreszcie tworzy własną religię, której bożkiem czyni „ludzkość”. Tak jak marksizm, pozytywizm uznaje świat za coś składającego się wyłącznie z materii i siły (materialistyczne), ale przyznaje, że nie wie jakie jest pochodzenie tych sił i tej materii i jaka jest ich istota, czyli pozytywizm staje się automatycznie metafizyką, którą przecież właśnie chciał znieść – pozytywizm mówi o czymś czego nie zna i poznać nie może i przyznaje się do tego. Nie ma pojęcia czym jest materia i czym są siły rządzące tą materią, nie uznaje nic innego poza tymi dwoma jestestwami i odżegnuje się od dociekania istoty tego co bada. Bada tylko powierzchowne fakty i zjawiska, – a jednocześnie upiera się, że jest to NOWA i POZYTYWNA nauka i filozofia. TNR dostrzega w tzw. pozytywizmie wiele niekonsekwencji.

W poznawaniu występują zawsze dwie strony: subiektywna i obiektywna, ale, moim zdaniem, nigdy nie zachodzi ich całkowita zgodność, czyli nigdy nie dochodzi do obiektywnego poznania rzeczy niebanalnych. Dlatego wg mnie nauka jest odmianą sztuki. Chyba, że twierdzenia w rodzaju 2x2=4 (a może =5) chcemy nazywać nauką? Mamy tu przyjęte absolutne punkty odniesienia, a przecież nauka jako taka ma za zadanie ich poszukiwanie i ich uporządkowanie oraz badania w milionach prawdopodobnych relacji bardziej skomplikowanych niż banały w rodzaju 2x2=4. Zrutynizowana nauka nie jest w stanie tego dokonywać, większe pole do popisu ma, moim zdaniem, wiedza (zawsze ograniczona), inteligencja, instynkt, intuicja, fantazja, artyzm, a nawet szczypta szaleństwa. Nauka jako taka zakłada obiektywność, a jednocześnie przyznaje, że osiągnąć go nie jest w stanie. Pozytywizm nie rozpoznaje obiektywnego świata, ale tylko go przyjmuje, zakłada. Bo przecież hipotezy naukowe mogą być tylko hipotetyczne, czyli jedynie prawdopodobne. Świat jest niewątpliwie uporządkowany, prawa nim rządzące są zdeterminowane regułą przyczyny i skutku, ale porządek ten, zakłócany przerwą pomiędzy przyczyną i skutkiem, jest niemożliwą do zbadania metafizyczną przypadkowością. Wg TNR, determinizm przyczyn i skutków jest przeniknięty elementami niezdeterminowania, które nie podlegają żadnym prawom, bo są wynikiem zderzenia wielu ciągów przyczyn niezależnych od siebie. Np. każda katastrofa jest przypadkowa, to nie znaczy, że nie ma przyczyny, odwrotnie, są zawsze co najmniej dwie przyczyny i następuje nieprzewidywalne i sprzeczne z porządkiem zderzenie ich ciągów. I właśnie takie nieuporządkowane zderzenie co najmniej dwóch ciągów przyczyn, lub w ogóle brak przyczyny (np. „piorun z jasnego nieba”) jest przypadkiem. Wynika z tego twierdzenie, że ani obiektywizm, ani nauka pozytywna, ani żadna SYNTEZA nauk szczegółowych i wszystkich innych, nie jest możliwa do osiągnięcia.

Można doszukiwać się tutaj dowodu na skończoność świata materialnego bytu – byt wieczny nieskończony eliminowałby rozwój bo eliminowałby przypadkowość. W wiecznym bycie każdy przypadek mimo swych niezależnych ciągów przyczyn i nieuporządkowanych ich zderzeń, musiałby się powtarzać w trakcie wieczności, przypadek stawałby się regułą, a rozwój stawałby się niemożliwy, ponieważ elementy nie-uporządkowania, zdarzenia niby przypadkowe (bo w ostatecznym rachunku wypływające z ciągle nowego i różnego „dorabiania” energii i cząstek), są przecież elementami koniecznymi do rozwoju.

Odkrywamy rozwój i procesualność bytu więc odkrywamy jego skończoność, jego granice. Fakt stwierdzenia rozwoju jest dowodem skończoności świata materialnego!

Każda tzw. „nauka” jest szczegółowym badaniem bytu i bycia, ale przecież już Platon i inni Grecy entuzjastycznie przejęli  NIESŁUSZNE,  a słynne twierdzenie Parmenidesa, że „tym samym jest poznanie i byt” – a to znaczy tyle, że byt jest zależny od poznającego badacza w takim stopniu w jakim badacz zależny jest od bytu. Byt pozwala przystępować do siebie, ale tylko w pewnych granicach – poziom bytu odpowiada poziomowi poznania! Człowiek tęskni do jasności i ścisłości, do „obiektywnej naukowości” – człowiek chciałby wiedzieć. Ale niestety widzimy rzeczy nie tyle  takimi jakimi są, lecz raczej takimi, jakimi je widzieć chcemy i możemy, jakimi poziom naszej wiedzy, zmysłów, rozumu, inteligencji i intuicji widzieć nam pozwala.

W tęsknocie do osiągnięcia obiektywnej prawdy (i do władzy) marksiści posuwali się prawie do sakralizacji nauki, z nauki tworzyli religię. Szybko jednak okazało się, że PYCHA nie popłaca: skompromitowali tak naukę jak i marksizm. Dziś dokładnie już wiemy, że sprawne budowanie coraz to nowych i lepszych narzędzi produkcji i konsumpcji, a w szczególności, że zamiana maczugi na bombę atomową, wcale za „wartością” nauki nie przemawia i absolutnie nas nie ZBAWIA!

Arystoteles, chociaż bardzo chciał, też nie był żadnym naukowcem, był wspaniałym artystą, twórcą. Stworzył piękny i wielki system „naukowy” i „filozoficzny”, stworzył podstawy języka naukowego, ale był to JEGO system, a nie system „naukowy”, pozytywny, obiektywny. A z jego niekonsekwencji na temat powstawania i ginięcia, można by się domyślać, że też nie był wolny od jakichś presji.


11.2. Nauka jako sztuka.

Zdając sobie w pełni sprawę z niemożliwości obiektywistycznego, pozytywistycznego programu nauki, TNR pojmuje „naukę” jako sztukę mądrości, która realizuje się zawsze subiektywnie, tak wartościami estetycznymi, jak i poszukiwaniem prawdy, czyli wiedzą. Prawda jest piękna i jej poszukiwanie jest niepowtarzalnym doświadczeniem estetycznym. Sztuka mądrości jest cnotą, bo jest sztuką odróżniania piękna od brzydoty i prawdy od fałszu.

SZTUKA to nie tylko wytwarzanie pięknych przedmiotów wywołujących radosne i przyjemne wrażenia i kontemplacje, ale moim zdaniem również twórcze działanie w docieraniu do PRAWDY, DOBRA i PIĘKNA.

Nauka współczesna, moim zdaniem, nie szuka ani piękna, ani prawdy, a jej funkcja jest wysoce podejrzana, bo, jak już to pisałem, polega przede wszystkim na wysługiwaniu się użyteczności i władzy, dla której poszukuje „środków zaradczych” mających na celu umacnianie panowania nad przyrodą i drugim człowiekiem. Kryteria nauki są, moim zdaniem, ambiwalentne; z jednej strony nauka pretenduje do pozytywności i obiektywności, a nawet nieomylności, a z drugiej tworzy tylko hipotezy. Takim praktycznym i potocznym przejawem tej ambiwalencji jest „zasłona dymna” pt. „kompetencja”, a sednem prawdziwej kompetencji w każdej dziedzinie nie jest, moim zdaniem, naukowość i specjalizacja, lecz w pierwszym rzędzie uczciwość i odwaga intelektualna.

Poza tym, przecież filozofia, a szczególnie ontologia i metafizyka, nie jest „nauką” (mimo wielkich wysiłków wielu filozofów czynionych w tym kierunku, ostatnio Husserla i Wittgensteina), a więc mój opis rzeczywistości nazwany „teorią”, jest teorią filozoficzną i odrzucanie jej formułą o jej nienaukowości, jest oczywistą dyskryminacją.

Ostatecznym rezultatem NAUKI są TEORIE naukowe. Jednakże teorie zbudowane z wniosków dotyczących jednostkowych zdarzeń (faktów) są zawsze zbiorem twierdzeń ogólnych, mają charakter uniwersalny i stosują się do nieskończonej ilości zdarzeń. Wobec tego w rzeczywistości teorie te są niesprawdzalne w praktyce, i nigdy nie można powiedzieć, że są całkowicie prawdziwe. A więc nauka jest tylko SZTUKĄ przybliżania się do obiektywności i prawdy. Arbitralny podział wiedzy na naukową i nienaukową, jest więc po prostu sztuczną cenzurą, jest nielogiczny. Przyporządkowanie matematyczne twierdzeń naukowych nie uszlachetnia „nauki”, bo jest tylko tłumaczeniem na inny język i nie wnosi żadnych nowych elementów stosunku faktów do uogólnionych wniosków. Jaka jest więc różnica pomiędzy teoria naukową, a teorią filozoficzną, psychologiczną, astrologiczną czy inną, „nienaukową”. Co jest celem tych, którzy dzielą wiedzę na naukową i nienaukową? Chyba tylko „political correctness”.


11.3. Język nauki.

Problem języka nauki to cała abrakadabra. Słowa, znaczenia tych słów, ich stopnie prawdziwości i ścisłości, rozmaite poziomy i oddziaływania wzajemne, sens lub jego negacja, czyli logika formalna i materialna, nadmierne uproszczenia lub skomplikowania, tworzenie przez naukowców języków tylko dla nich zrozumiałych, o wszystkim tym już Parmenides powiedział, że „Słowami jest tylko to, co śmiertelni ustanowili w swym języku, w przekonaniu, że mówią prawdę (…).”

Jak już pisałem wcześniej, każdy człowiek ma swój język i wprowadzanie ciągle nowych wyrażeń nie czyni języka bardziej jednoznacznym, gdyż warunek precyzyjnego definiowania jest niemożliwy do osiągnięcia. Każde dekodowanie jest nowym kodowaniem. Jako przykład podam słowo „nieciągłość” zastępowana w ostatnich czasach w teoriach kwantowych słowem „dyskretyzacja”. Czy słowo „dyskretne” jest bardziej jednoznaczne (czyli bardziej naukowe) niż „nieciągłe”? Takim drugim przykładem braku jednoznaczności i ciągłym zacieraniem klarowności, jasności różnych idei jest czysto naukowe słowo DIALEKTYKA i słowa pochodne. W. Stróżewski w swej książce „Istnienie i Sens” wylicza na 48 stronach dziesiątki znaczeń, koncepcji, zakresów, punktów widzenia, przemian sensów filologicznych i historycznych tego terminu (co moim zdaniem kwalifikuje go jako wprost nieużyteczny w żadnym dyskursie ani w aspirującym do jasności tekście) a następnie w wielu różnych konkretnych i ważnych sformułowaniach, używa go zaciemniając i utrudniając zrozumienie istotnego sensu wykładu. Określenie Poppera terminu „DIALEKTYKA”[110] jako kategorii filozoficznej „dostatecznie mglistej” znakomicie potwierdza moja tezę o większej skuteczności języka potocznego również w rozumieniu filozofii i nauki.

Jeśli chodzi o konwencję stosowaną w TNR i jednoznaczne określenie jej adresata to wystarczy powiedzieć, że konwencja ta musi być dostosowana do podmiotu poznającego i przedmiotu opisu (bytu i niebytu, przyrody, świata). Ja nie jest naukowcem a TNR nie jest dziełem, ani teorią naukową. Jest to teoria filozoficzna i musi być przedstawiona w formie strawnej i moim zdaniem jak najbardziej literackiej. Naukowcy, filozofowie i inni myśliciele, którzy studiowali przecież (chyba na pierwszym roku studiów) hermeneutykę i ci, którzy jej nie studiowali, jeśli znajdą w TNR ciekawe dla siebie treści i zechcą je wykorzystywać, czyli będą chcieli zrewolucjonizować swoje nauki, to dobrze, jeśli nie, to drugie dobrze, jednak, moim zdaniem, z ich stratą. Nie poszczególni naukowcy ani ich grupy będą ostatecznie decydować o ewentualnym znaczeniu TNR, lecz czas, rozwój wiedzy i przyroda.

Zdaniem TNR nie jest prawdą, że język „naturalny” jest bardziej wieloznaczny od języka naukowego, który dąży do wyeliminowania wieloznaczności. Moim zdaniem język „naturalny” jest bardziej jednoznaczny, od rzekomego języka naukowego, a to dlatego, że dążąc do jednoznaczności język naukowy wprowadza multum nowych wyrazów, określeń i symboli, które wymagają wprowadzania nowych wyrazów, określeń i symboli, co przyczynia się tylko do dalszego zagmatwania, a nie uproszczenia języka i problemów. Ale mimo, że „każdy ma swoją prawdę” istnieją w językach między ludźmi „wyrazy (terminy) pierwotne” jako tako umożliwiające komunikowanie się.

Żadne wyjaśnianie „naukowe”, a tym bardziej opis ontologiczny, nie jest zagadnieniem czysto logicznym, a tym bardziej semantycznym. Logiczna analiza wyjaśniania czy opisu jest zawsze nie pełna, dotyczy bowiem znaczenia słów wyjaśnianych i wyjaśniających i stosunków między nimi, a nie samego opisu koncepcji, do którego te słowa służyły. Jeśli wychwytuje się tylko logiczną (nawet jeśli jest nieprawidłowa) strukturę takiego czy innego zdania czy słowa, nie zwracając uwagi na SENS całego wyjaśnienia i treść kontekstu, to znaczy, że pomija się istotę wartości analizy, czyli w naszym wypadku pomija się aspekt ontologiczny i rozstrzygnięcie o słuszności użycia kwestionowanego słowa, zdania i prawdziwości wnioskowania czy twierdzenia. To co jest formalnie poprawne wcale nie musi być zarazem materialnie poprawne, tym bardziej gdy mamy do czynienia z nowatorskim ujęciem rzeczywistości.


11.4. Twierdzenia Gödla a TNR

W roku 1930 Kurt Gödel sformułował dwa twierdzenia dotyczące właściwości systemów formalnych zawierających arytmetykę liczb naturalnych.

Pierwsze z nich głosi, że w każdym takim systemie, nie zawierającym sprzeczności, istnieje zdanie niedowodliwe lecz prawdziwe. A więc zdanie to jest prawdziwe, ale prawdziwości jego nie da się dowieść w oparciu o aksjomaty i reguły wnioskowania tego systemu. Nie da się również dowieść zaprzeczenia owego zdania. Ta własność systemu oznacza, że jest on niezupełny.

Drugie twierdzenie Gödla głosi, że w ramach systemu formalnego zawierającego arytmetykę liczb naturalnych nie da się udowodnić niesprzeczności tego systemu.

Jak stwierdza Stanisław Krajewski:

„Twierdzenie Gödla jest twierdzeniem matematycznym. Mówi coś o teoriach liczb naturalnych i o matematyce jako całości. Jest natomiast nieoczywiste, czy ma konsekwencje nie tylko dla filozofii matematyki, ale i dla innych zagadnień filozoficznych.” [111]

Jest faktem bezspornym, że odkrycie Gödla ujawniło własność matematyki, która dotychczas z matematyką nie była łączona. Otóż okazało się, że całość matematyki nie stanowi zupełnego systemu formalnego. A więc ogół twierdzeń matematycznych tworzących system formalny, którym jest matematyka, albo zawiera sprzeczność, albo też nie da się udowodnić w ramach tego sytemu wszystkich twierdzeń tworzących system. Oznacza to, że w przypadku niesprzeczności matematyki, muszą istnieć w jej ramach twierdzenia, których prawdziwość wynika ze źródeł pozamatematycznych – innych niż formalne, algorytmiczne. Tym samym niemożliwa okazuje się być żadna matematyczna teoria uniwersalna.

Mało tego, okazało się, że nie ma matematycznego sposobu wykazania niesprzeczności teorii matematycznej. Tę niesprzeczność można co najwyżej zakładać, przyjmować na wiarę. Jest to o tyle istotne, że wewnętrzna sprzeczność teorii była dla filozofów od zawsze elementem dyskwalifikującym teorię. Matematyka stanowiła wzorzec ścisłości nauki i wzorzec absolutnie pewnego poznania, wzorzec, którym mierzono wartość innych dziedzin wiedzy. Oczywiście niesprzeczność tego wzorca nie ulegała żadnej wątpliwości i zdawała się wypływać z jego istoty. Tymczasem Gödel pokazał, że tak nie jest.

Gdyby prawdziwość wszystkich twierdzeń matematycznych i niesprzeczność samej matematyki możliwa była do udowodnienia bez wychodzenia poza matematykę, oznaczałoby to, że ta sformalizowana i zalgorytmizowana procedura jest możliwa do przeprowadzenia przez komputer – czyli sztuczną inteligencję przetwarzającą informację właśnie w sposób sformalizowany i algorytmiczny. Jeśli jednak istnieją prawdy matematyczne nieuchwytne dla procedur sformalizowanych, matematyka okazuje się być dziedziną swoistej twórczości, która nie może się obyć bez niedyskursywnej intuicji człowieka.

Oczywiście matematyczne wykazanie, że matematyka nie jest ideałem wiedzy absolutnej nie oznacza, że przestała ona być najpewniejszym i najbardziej jednoznacznym, najwyraźniejszym systemem idei z jakim człowiek może mieć do czynienia. Tym samym w dalszym ciągu może pełnić rolę wzorca poznania pewnego i jasnego.

Znaczenie twierdzeń Gödla jest więc przez niektórych ograniczane wyłącznie do przedmiotu, do którego się odnosi, a więc do „systemów formalnych (sformalizowanych teorii) zawierających arytmetykę liczb naturalnych”. Oznacza to, że nie można twierdzeń Gödla stosować do teorii niesformalizowanych, a kryteria formalizacji w oczywisty sposób nie są spełniane przez żadną teorię w potocznym znaczeniu tego słowa. Stanisław Krajewski pisze: „Stosowanie twierdzenia Gödla do dowolnych systemów, od naukowych i prawniczych poprzez biologiczne i społeczne do systemów ujmujących całość rzeczywistości nie jest uzasadnione”.[112]

A w podsumowaniu swojej monografii poświęconej twierdzeniom Gödla stwierdza kategorycznie: Twierdzenie Gödla samo przez się nie rozstrzyga żadnych sporów filozoficznych.[113]

W przeciwieństwie do Krajewskiego, inni przypisują twierdzeniom Gödla głębię znaczenia, która nie ogranicza się tylko do obszaru matematyki. Wypada jednak zauważyć, że w gruncie rzeczy są to zabiegi polegające na nadawaniu dalszych znaczeń formułom z definicji jednoznacznym. Wartość owych zabiegów jest problematyczna, ponieważ przy ich pomocy dowodzi się twierdzeń, które swą prawomocność powinny czerpać ze źródeł stosownych dziedzinom w obrębie których funkcjonują.

TNR nie zamierza powielać postmodernistycznych błędów i wspierać swej wizji rzeczywistości przez wskazywanie jako matematycznych dowodów TNR licznych analogii jakie występują pomiędzy nią a poGödlowskim obrazem matematyki. Oczywiście takie analogie widoczne są już na pierwszy rzut oka. Po pierwsze: rola jaką metodologia TNR przypisuje filozoficznej intuicji niezbędnej do uchwycenia treści „pojęć pierwotnych” tworzących zrąb aksjomatyczny TNR. Po drugie: niezupełność TNR, która nie pretenduje do roli żadnej absolutnej i ostatecznej, nieomylnej teorii, lecz otwarcie wskazuje na swe ograniczenia, które sprawiają, że jest tylko kolejną próbą zgłębienia złożoności Wszechświata. Po trzecie: konieczność dopełnienia prezentowanej przez nas teorii przez wszechstronne, ale przede wszystkim indywidualne doświadczenie każdego z Czytelników.

Oczywiście te analogie nie są żadnym odkryciem TNR lecz zwyczajną skromnością poznawczą jaka winna cechować każdego, kto z pomocą teorii pragnie zgłębić nieprzeniknioną tajemnicę rzeczywistości. Skromnością, która nakazuje nie tylko uznanie ograniczeń własnej teorii, ale i szacunek dla wszelkiej myśli innej, nowatorskiej i odbiegającej od utartych szlaków. Istnieje jednak praca Gödla, która wydaje się mieć znaczenie dla TNR. Chodzi mianowicie o Gödlowskie rozwinięcie teorii względności Einsteina. Konstruując matematyczne modele kosmologiczne będące możliwymi rozwiązaniami równań Einsteina, Gödel otrzymywał rezultaty potwierdzające iluzoryczność względności czasu i przestrzeni, która redukuje się do lokalnych, zamkniętych pętli, a więc nie ma charakteru globalnego. Tak więc Gödel w oparciu o narzędzia matematyczne wyprowadzał z teorii Einsteina wnioski zaprzeczające tej teorii i argumentował, że zmiana jest iluzją, subiektywnym złudzeniem[114].

Tym samym wskazywał, że Einsteinowska względność czasu sprowadza się do iluzoryczności zmiany. Ten wniosek nie jest wcale popularny wśród współczesnych fizyków, jest natomiast jednym z twierdzeń TNR. Dla TNR fizyka relatywistyczna jest jeszcze jedną z form ontologii Parmenidesa. Wydaje się więc być interesujące, że idea głoszona przez outsidera nie związanego z akademickimi koteriami znajduje potwierdzenie u logika uznawanego za największy autorytet od czasów Arystotelesa.

Wiele filozoficznych poglądów Goedla opisana przez Krajewskiego jest zgodna z tezami TNR: „w świecie jest porządek i celowość”, „wszystko ma swoją rację”, „wszystko ma sens”, wiedza jest tylko prawdopodobna, ale trzeba unikać sceptycyzmu, a kultywować optymizm. „Metoda aksjomatyczna ma zostać użyta w metafizyce. W tym celu należy wyodrębnić właściwe pojęcia pierwotne. One istnieją i niejako czekają aż zostaną odkryte. Ich podstawowe własności będą aksjomatami. Te prawdziwe aksjomaty powinny implikować całą wiedzę (sciens) a priori.” Nie do przecenienia są według Goedla uniwersalność obserwacji, „zuchwałość” i „nagłe olśnienia”[115]. Wszystkie te przekonania Goedla i wiele innych są, w miarę możliwości, zrealizowane w TNR.


11.5. Nauka i wiara.

Pozytywizm nie jest możliwy. Comte doszedł w końcu do wiary i religii pozytywnej i miał rację. Zawsze i wszędzie dochodzimy w końcu do wiary, religii, Absolutu i Boga. Fakt, że byt nie jest tożsamym ze sobą bytem, bo jest stawaniem się, jest dowodem dla mnie, że Wszechświat uczestniczy tylko w byciu Absolutu.

Nauka uzurpuje sobie obiektywne ujmowanie rzeczy, które jest po prostu niemożliwe, gdyż każdy człowiek, a więc również każdy naukowiec, ma swój własny i odrębny od wszystkich innych, świat. Świadomość człowieka ujmuje rzeczy poprzez własne idee tych rzeczy, a dodatkowo np. w fizyce, poprzez specjalnie konstruowane aparaty do obserwacji, czyli jeszcze dodatkowo poprzez własne idee tych aparatów i ich konstrukcji, na co Werner Heisenberg, autor zasady nieoznaczoności, zwracał wielką uwagę.

Świadomość człowieka nie doświadcza świata i rzeczy tego świata bezpośrednio, lecz przy pomocy własnych i bardzo indywidualnych narzędzi, a mianowicie swoich zmysłów i idei, czyli swoich myśli, rozumu, instynktów i WIARY. Konsekwencje tego stanu rzeczy są dla każdej nauki i filozofii wprost niesłychane, tym bardziej że człowiek najczęściej nie zdaje sobie z tego sprawy, lub po prostu odmawia przyjęcia do wiadomości tej ułomności swego jestestwa. I nawet jeśli uwzględnimy nasze wspólne i publiczne doświadczanie przedmiotów i ich procesów, to nic to nie zmienia w kwestii ich wiarygodności (a właściwie ich niewiarygodności), bo publiczne doświadczanie składa się z doświadczeń indywidualnych, a nasza świadomość nadal pozostaje w mocy naszego ciała i jego narzędzi, czyli naszych myśli i idei.

Nasza świadomość i niesłychanie ważna podświadomość, kształtowane są przez umysł składający się zarówno z rozumu (intelektu), wiary i władz zmysłowych – tak więc również pojęcia abstrakcyjne i ogólne np. niebyt, byt konkretny czy byt w ogóle, ludzkość, wolność, sprawiedliwość, Absolut, Bóg, ujmujemy za pośrednictwem konkretnych narzędzi, czyli naszych indywidualnych myśli, idei, instynktu, rozumu i wiary.

Dwa obszary świadomości człowieka, rozum i wiara są od wieków bezpodstawnie mieszane ze sobą. Komplementarność wiary i wiedzy wypowiedział już św. Anzelm z Canterbury: „Nie staram się bowiem zrozumieć, abym uwierzył, ale wierzę abym zrozumiał. Albowiem i w to wierzę, że jeśli nie uwierzę, nie zrozumiem.”[116] nawet Kartezjusz wspominał o wierze jako pierwotnej, a Ricoeur ustanowił „koło”: „Trzeba rozumieć, by wierzyć, ale trzeba też wierzyć, aby rozumieć.”[117]

Moim zdaniem są to tezy zbyt łatwe, aby były prawdziwe. Ja nie potrzebuję swojej wiary w Boga podpierać „dowodami” rozumu, ani z kolei do rozumnej decyzji, że 2x2=4 nie potrzebuję wiary. Rzekome rozumowe „dowody” istnienia Boga są jego unicestwieniem, bo czynią z jestestwa nie do pojęcia jeszcze jeden przedmiot kalkulacji, obiekt, czy jeszcze jedną rzecz. Karl Jaspers pisze słusznie: „dowiedzenie, że Boga nie ma, jest równie niemożliwe, jak dowód jego istnienia. Wszelkie dowody za i przeciw Bogu świadczą tylko o jednym: Bóg dowiedziony nie byłby Bogiem, lecz jedną z rzeczy w świecie.”[118] Mieszanie wiary i rozumu prowadzi prostą linią do obarczania odpowiedzialnością (interwencją) Boga za wszystko z czym nie potrafimy sobie dać rady i za wszystkie nasze nieszczęścia. Przedmiotem wiedzy, której podstawą jest wiara, jest Bóg, natomiast opis ontologii materialistycznej w TNR traktuje o sztuce zdobywania wiedzy o materialnym bycie i niebycie.

Każde badanie oparte jest w dużej mierze na preferencjach, woli i wynikającej z niej, takiej czy innej, wierze. Wyrugowanie udziału aktów woli z czynności człowieka jest niemożliwe, bo wola wypływa bezpośrednio z siły witalnej (powinności bytu) i również te fakty uniemożliwiają obiektywizm i pozytywizm naukowy.


11.6. Nauka i interesy nienaukowe.

Jak wielkie interesy finansowe mogą się kryć za nauką i wpływać na życie naukowe, publiczne i gospodarcze całych wielkich narodów pozwoliłem sobie pokazać czytelnikowi korzystając z książki Stevena Weinberga pt. „Sen o teorii ostatecznej”.

Z przykładu tego wynika potwierdzenie tezy, że nauka akademicka to zwyczajna działalność komercyjna, a wobec tego jej język powinien być powszechnie zrozumiały, a pierwszą zasadą jej „kompetencji”, jak zresztą każdej kompetencji, musi być morale. Podając akurat ten przykład, broń Boże, nie kwestionuję absolutnie kompetencji (ani oczywiście morale) tego autora, lecz chcę podkreślić wielkie znaczenie powszechnej i łatwej dostępności wyników działalności naukowej i filozoficznej. Śmiem twierdzić, że każda sensowna idea filozoficzna ma olbrzymie znaczenie dla całej ludzkości i powinna być dostępna szerokiemu ogółowi w jak najłatwiejszym języku, czyli po prostu w języku potocznym.

Takim właśnie językiem Steven Weinberg opisuje dzieje stworzonego przez swoja grupę „interesów naukowych” projektu budowy potężnego akceleratora długości 85 kilometrów, ulokowanego w podziemnym tunelu. Koszt budowy był wyliczany wstępnie na 8 miliardów dolarów, prace zostały już prawie zatwierdzone, na wstępne przygotowania budowy wydatkowano już z budżetu USA 2 miliardy dolarów. Ostateczne wykonanie na pewno kosztowałoby wiele więcej, z tym że inwestycja obliczona była na kilka lat (wszystko działo się w latach 1986 – 1992). Steven Weinberg jako jeden z najpoważniejszych fizyków amerykańskich i czołowy twórca projektu akceleratora, był kilkakrotnie przesłuchiwany przez różne komisje Kongresu i Senatu USA. Ostatecznie projekt upadł i został skreślony z inwestycji budżetu. Jednym z głównych celów projektowanego akceleratora miała być możliwość wyjaśnienia „mechanizmu łamania symetrii elektrosłabej”.

A oto jak Steven Weinberg opisuje nadzieje związane z projektowaną budową: „Za pomocą Superakceleratora można byłoby zapewne odkryć wiele zjawisk hipotetycznych: cząstki wewnątrz kwarków, dowolne cząstki spośród superpartnerów znanych obecnie cząstek, których istnienie przewidują teorie supersymetryczne, oddziaływania związane z nowymi symetriami wewnętrznymi, i tak dalej. Nie wiemy, czy takie cząstki i oddziaływania istnieją, a jeśli tak, to czy rzeczywiście zdołalibyśmy je odkryć z pomocą Superakceleratora. Jest zatem bardzo ważne, że możemy z góry liczyć na przynajmniej jedno ważne odkrycie, mianowicie wyjaśnienie mechanizmu łamania symetrii elektrosłabej.” [119]

Cytuję te sformułowania, aby uzmysłowić sobie i czytelnikom, jak fizyka przywiązana jest do idei SYMETRII. Przykro mi, że nie wybudowali w końcu tego akceleratora, bo gdyby tak się stało i mimo to Weinberg i cała ta grupa nie zdołaliby odkryć wyjaśnienia mechanizmu łamania symetrii elektrosłabej, może „poszli by po rozum do głowy” i zrozumieli, że żadnego takiego wyjaśnienia nie ma, bo mechanizm łamania symetrii elektrosłabej (i nie tylko), jest po prostu normalnym stanem rzeczy, że wszelkie siły powstają dzięki asymetrii. A właściwie nie jest mi przykro, bo wtedy to Weinberg doszedł by na pewno do mego odkrycia definicji siły: przyczyną sprawczą siły jest asymetria. ASYMETRIA JEST SIŁĄ. Właściwie asymetrię jako siłę pierwszy w SZTUCE odkrył chyba Pablo Picasso i został jej mistrzem. Powinno się może strawestować jego powiedzenie: „Sztuka jest kłamstwem pozwalającym nam przeczuć prawdę, a przynajmniej tę, którą jest nam dane pojąć.” na: „Nauka jest kłamstwem pozwalającym nam przeczuwać prawdę, przynajmniej tę, jaką jest nam dane pojąć.”

Na przykładzie niezrealizowanego eksperymentu Weinberga widać, w jaki sposób konwencje naukowe wiążą się finansowymi uwarunkowaniami konkretnych programów badawczych. Zbyt śmiałe i nowatorskie idee nie mają szans powodzenia, kiedy zależą od politycznych decydentów myślących w sposób konwencjonalny. Weinberg motywował wysokie koszty swego eksperymentu w sposób niezrozumiały dla polityków. Zapewne, gdyby wspomniał o jakimś nowym rodzaju superbomby atomowej lub wojen gwiezdnych, otrzymałby stosowne finanse. Cóż jednak począć gdy program badawczy nie tylko nie zakłada idei oddziaływań symetrycznych i antagonistycznych, lecz asymetryczne i nieantagonistyczne? Przecież taki program badawczy w żaden sposób nie przyczyni się do wzrostu światowych antagonizmów! A więc jest skrajnie niepraktyczny dla tych, którzy zainteresowani są produkcją nowych rodzajów broni. Jak widać program badawczy, jeśli ma być zrealizowany musi być sformułowany po myśli i według myśli finansistów! Jak w takim razie nauka tworzyć ma nowe sposoby myślenia o świecie, kiedy jest skrajnie uzależniona od ludzi myślących po staremu?

Nauka aby była nauką musi być wolna, naukowcy powinni mieć swobodę myśli i słowa, a tymczasem tak nauka jak i jej nawet najznakomitsi przedstawiciele są całkowicie podporządkowani UŻYTECZNOŚCI i WŁADZY. Ich myśli i dzieła muszą odpowiadać „standardom naukowym”, czyli w praktyce, poprawności politycznej i obyczajowej. Ktoś kto się wyłamuje z takiej formuły po prostu nie jest tolerowany na „salonach”, a jego myśl lub prace, nawet jak są „dobre” są po prostu odrzucane. BEZ DYSKUSJI. A wobec „malutkich” outsiderów, nawet brutalnie wyśmiewane. Żeby nie być gołosłownym pozwolę sobie powtórzyć, przytaczane już w tym tekście dwa głośne przykłady.

Pierwszym przykładem są losy tzw. teorii stanu stacjonarnego (o ewolucyjnym dorabianiu materii) wypracowanej w 1948 r. przez dwóch Austriaków Hermana Bondiego i Thomasa Golda oraz Brytyjczyka Freda Hoyle’a, którego: „punktem wyjścia było założenie, iż w miarę jak galaktyki oddalają się od siebie, w pustych obszarach stale powstają nowe, zbudowane z nowej, ciągle tworzonej materii. (…)Teoria stanu stacjonarnego wymagała odpowiedniej zmiany teorii względności, by możliwe stało się ciągłe tworzenie materii” [120]

Teoria „stacjonarna” wymagała chyba nie zmiany lecz odrzucenia teorii Einsteina. Nie odrzucono jej jednak i nie zmieniono, a natomiast odrzucono teorię stanu stacjonarnego, mimo że określano ją jako „dobrą” i użyteczną. Teoria stanu stacjonarnego jest sprzeczna z zasadniczą zasadą ZACHOWANIA materii, energii i dlatego została „odrzucona’. Michał Heller też opisuje tą teorię, ale też nie wspomina co było merytoryczną przyczyną jej „odrzucenia”.

Drugi przykład podaje Michał Heller cytuje kosmologicznego oponenta ogólnej teorii względności E.A. Milne’a, który między innymi napisał: „Fizycy matematyczni, przypisując strukturę przestrzeni, przywracając strukturę temu, co jest bez struktury, w rzeczywistości z powrotem wprowadzili eter!”[121] Heller dodaje: „Jego zdaniem przestrzeń nie ma żadnej struktury, a zatem nie może się ani rozszerzać, ani kurczyć. Jest „nicością”, w której umieszczona jest materia” (dokładnie to samo mówi TNR). To są dwa przykłady „naukowej” cenzury, bezpośrednio dotyczące niebytu TNR i dlatego przeze mnie wychwycone, ale to tylko czubek góry lodowej.

Werner Heisenberg twórca zasady nieoznaczoności, czyli można powiedzieć klasyk teorii kwantu napisał w „Fizyka a filozofia”: „(…) ostateczna ocena wartości poszczególnych prac naukowych, rozstrzygnięcie, co jest słuszne, co zaś błędne, nie zależy w tych naukach od autorytetu żadnego człowieka. (…) Istnieją ostateczne i obiektywne kryteria, decydujące o prawdziwości twierdzeń naukowych. (…) a wyroki feruje nie ta lub inna grupa uczonych, lecz sama przyroda.” [122]

Według mnie, jest to tylko myślenie życzeniowe, co zresztą przyznaje sam Heisenberg wzmiankując, że na ten „werdykt przyrody” trzeba czekać czasem dziesiątki, a nawet setki lat. Dzisiaj, tak jak i zawsze, co jest słuszne, a co błędne, czyli co warto opublikować, a co nie (cenzura), decydują ludzie posiadający władzę rzekomo „naukową”, a faktycznie finansową i polityczną.

Keith Tutt w swojej książce pt. „W poszukiwaniu nieograniczonej energii. Naukowe opowieści o zazdrości, geniuszu i elektryczności” – opowiada o wielu autentycznych wielkich wynalazcach szukających sposobów ujarzmienia „darmowej”, „kosmicznej” energii (które to poszukiwania są potwierdzeniem mojej tezy, że „siła tworzy siłę”) m.in. przytacza fakty o wspólnocie chrześcijańskiej Methernithy (120 osób) osiadłej wysoko w Alpach, która skonstruowała prądnicę wytwarzającą prąd bez żadnego zasilania z zewnątrz. Takie ich maszyny, małe i większe, pracują od wielu lat, ale wspólnota odmawia opatentowania wynalazku (Thesta-Distatica) i zdradzenia na jakiej zasadzie ta prądnica pracuje, tak jak kilku innych takich wynalazców. W konkluzji tej historii Tutt pisze: „Wielu naukowcom, którzy zastanawiają się, jaki skutek może przynieść istnienie podobnej technologii, trudno

zaakceptować fakt, że technologia pochodzi nie ze środowiska uniwersyteckiego, że jest dziełem słabo wykształconego wynalazcy, a jednocześnie mogłaby stać się lekarstwem na światowy kryzys energetyczny. Byłoby dużo milej, gdyby całość okazała się oszustwem, bądź pomyłką. Odpowiedź stałaby się prosta, moglibyśmy więc wrócić do normalności. Zniknęło by napięcie, jakie obecnie wiąże się z Thesta-Distatica. Moglibyśmy się odprężyć. (…)Dziś Paul Baumann (główny wynalazca, zegarmistrz) i wspólnota Methernitha prowadzą dalsze (nienaukowe) prace nad większymi prądnicami – zapewne czekają, aż ludzkość okaże się czymś więcej niż tylko zwykłymi ludźmi.”[123] Chyba szczególnie chodzi im o naukowców.

Prawa nauki z natury rzeczy mają charakter hipotetyczny, ale w praktyce głoszone są jako zdania kategoryczne i wykorzystywane są jak świętości do panowania w świecie naukowym. Teoria Wielkiego Wybuchu („dobre” obyczaje naukowe nakazują pisanie tej nazwy dużymi literami) chociaż przybrana w szatę matematyczną, ma charakter teologiczny i magiczny, a naukowcy piszą i mówią o niej jako o oczywistym fakcie i stosują jako kryterium słuszności poglądów, a nawet wyznania wiary. Kto nie wierzy, czy nawet powątpiewa w „prawa naukowe”, ten musi się obawiać i wszyscy panicznie się boją zrobienia błędu. Kto się nie boi, ten nagrody nie dostanie i może stracić pracę. Racjonalność nakazuje nie tylko odpowiedzialność za myśli, ale i powstrzymywanie się od myślenia niezależnego wszędzie tam gdzie myśli takie i ich wysławianie nie będą respektowane. Czyli obowiązuje zakaz myślenia, a szczególnie jasnego myślenia, (np. że 2x2 = 4), bo władza i użyteczność nie akceptuje niezależności. TNR przynosi nowy i całkowicie odmienny od obowiązującego obraz świata, powinna być oczywiście zbadana, zamiast tego, jest zwyczajnie odrzucana.


11.7. Nauka i wola.

Mój synek wszystko co dostał rozbierał na części, aby zobaczyć co jest w środku. Początkowo tylko rozbierał, później również na nowo składał. Gdy trochę podrósł zażyczył sobie i dostał starego, ale na chodzie, Forda. Całe lato rozbierał go dosyć dokładnie, i złożył z powrotem. Ja śmiałem się z niego, bo coś nie coś mu z tych operacji pozostawało (jakieś kółko, jakaś śrubka), ale o dziwo, samochód zapalił i z powrotem był na chodzie. Dokładnie to samo robią uczeni, też „rozkładają” na części „rzeczy”, byty, np. człowieka, społeczeństwo itp. – by je następnie rekonstruować. Ale nie wierzę, że oni robią to lepiej od mojego synka, i że po drodze nie zostawiają jakichś fragmentów, rzekomo zbytecznych, rzekomo niekoniecznych.

Apologia naukowości i pozytywizmu nie ma żadnych szans powodzenia. Można i trzeba dążyć do perfekcji i te dążenia i potrzeby wynikają z powołania człowieka do doskonalenia swego człowieczeństwa, ale człowiek jest za słaby by być „pozytywny” i obiektywny, bo wola i podświadomość, to czynniki nie pozwalające się zakwalifikować do „pozytywnych”, a odgrywające dużą rolę w działaniach intelektu. Są częścią składową siły witalnej i to mimo faktu, że determinizm przyrody może ulegać przemianie na determinizm rozumu.

Człowiek nie może więc mieć żadnej pewności w zetknięciu z „rzeczami”, ani z „pojęciami”. Pojmowanie prawdy wymaga wzmożonej koncentracji, wzmożonej uwagi zmysłów i intelektu, a ta wynika i zależna jest od wysiłku woli. Dziwne i chyba sprzeczne z główną tezą Kartezjusza „cogito ergo sum”, było jego twierdzenie, że każdy sąd, każde przeczenie lub, twierdzenie, jest aktem woli, co przecież dyskwalifikuje całe myślenie i na piedestale stawia nie rozum, lecz wiarę i wolę. Każdy sąd zakłada wolność, bez wolności nie można sądzić, sąd wynikający z przymusu nie byłby sądem, a pierwiastek wolności poddaje w wątpliwość „pozytywność” sądów. Prawda obiektywna niezależna jest od sądów człowieka i nie jest przez niego tworzona, a tylko w wielkich bólach, osobiście, czyli indywidualnie odkrywana. Aby odkryć prawdę trzeba najpierw CHCIEĆ ją odkryć. A do tego nikt nas przymusić nie może. Stąd potrzeba WOLNOŚCI i woli. Wolność i wola warunkują dotarcie do prawdy i spełniania swoich bytowych powinności.

Skonstatowanie faktu, że świadomość i samoświadomość ludzka nigdy nie jest pełna i co dalej idzie, że niemożliwością jest stwierdzenie jaki jej poziom osiągnęliśmy, „rozkłada” całkowicie potężne szkoły twierdzące, że myśl ludzka nie jest w stanie przekraczać sfery świadomości, czyli że możemy być świadomi tylko tego, czego jesteśmy świadomi, czy że możemy myśleć tylko o tym, o czym myślimy, czy poznawać tylko to co poznajemy. Świadomość bezpośrednio zależna od ciała, bo z niego wypływająca, nigdy nie jest pełna, a to może znaczyć, że jest stosunkowo (do potrzeb) znikoma. Zaś nasze poznanie w najogólniejszym sensie niewiele się różni od świadomości (i jej skutków, czyli reagowania) fauny, flory, a nawet przyrody martwej.

RZEKOMEGO truizmu niemożliwości przekraczania świadomości nie uzgodnimy chyba z faktem istnienia PODŚWIADOMOŚCI, którą moim zdaniem, olbrzymia większość ludzkości posługuje się do poznawania tak użytkowego jak i abstrakcyjnego. W procesie poznawania filozofia i nauka od zarania dziejów przywiązują wielką wagę do instynktu i intuicji, a jednocześnie wyolbrzymia znaczenie świadomości, zaprzeczając możliwościom jej przekraczania. Przecież intuicja i instynkt działają poza czy ponad świadomością. Podstawowy akt woli, wybór dobra czy zła, a co za tym idzie przeczuwanie, wyrażanie i tworzenie drogi do PRAWDY i PIĘKNA odbywa się w człowieku, w olbrzymiej większości, poprzez nieuświadomione działania instynktów i intuicji w codziennym trybie życia. Paradoks niemożności przekraczania świadomości polega na tym, że jeśli ją „przekroczyliśmy”, to przecież jej NIE przekroczyliśmy, a tylko mamy NOWĄ świadomość. Np. w psychologii transpersonalnej lub w filozofii New Age oczywistością jest możność przekraczania świadomości i osiągania jej wyższych poziomów, co przecież oznacza, że nadal jesteśmy we władzy naszej świadomości, już na wyższym poziomie, we władzy nowej świadomości, ale ciągle nadal  NIEPEŁNEJ  świadomości. Ludzki rozwój polega (wg. antropozofii T. de Chardin) na rozwoju świadomości, ale rozwój wg TNR to nie jest przekraczanie, bo każde „przekraczanie świadomości” jest tylko stwierdzeniem jej „niepełności” i do prawdziwego „przekroczenia świadomości” ciągle daleka, nieskończona droga.


11.8. Dalszy spór TNR z „nauką”.

Filozofowanie to bardzo ciekawy obszar aktywności intelektualnej i powinien być brany pod uwagę przez decydentów naukowych, politycznych i ekonomicznych jako alternatywa PRACY. Bezrobocie zapowiada się na tysiące lat. Każdy człowiek jest po trosze filozofem i wcale by nie zaszkodziło podsuwać bezrobotnym intelektualistom problemy filozoficzne do rozwiązywania. Byłaby to aktywność zastępująca pracę. W filozofii krajowej i chyba nawet światowej nic się nie dzieje, monopol na „prawdę” ma Einstein i Big Bang, teoria zatwierdzona jakimś dokumentem jeszcze w latach dwudziestych przez któregoś z Papieży jako zgodna z religią chrześcijańską – taką informację gdzieś czytałem i moim zdaniem, ten monopol ogólnej teorii względności hamuje całkowicie rozwój ontologii i metafizyki. Nic się nie dzieje, myślałem więc, że gdy taki „chłopski filozof” jak ja, zgłosi się z sensownym łańcuchem wniosków wynikających z prostych i sensownych przesłanek, uczeni będą pomagać mu ze wszystkich sił. Ale jak na razie władza naukowa i filozoficzna śmieje się z outsidera i absolutnie odmawia jakiegokolwiek dyskursu. Prawdziwy uczony powinien przeanalizować poglądy sprzeczne z własnymi i wykazać, że są one niesłuszne, ale „uczonym” przeważnie bardzo trudno przychodzi przyznać, że 2x2=4 i oni absolutnie nie mają czasu „na banialuki”. Wymagają „kompetencji” zawodowej, a „niekompetentny” jest dla nich każdy ten, kto zadaje trudne pytania. Na trudne pytania się nie odpowiada. Po prostu tak się lawiruje, żeby nie odpowiedzieć. I taką mentalność wpaja się ludziom od dziecka, studentom, magistrom, doktorom, doktorom habilitowanym i wreszcie między sobą, uczeni ją kultywują. Świat uczonych jest, moim zdaniem, niebezpiecznie zamknięty.

Kryteria naukowości są, moim zdaniem, ze względu na swoje funkcje (służba użyteczności i władzy), niezupełnie zgodne z kryteriami prawdziwości i mądrości i nie wydaje mi się, abym wiele tracił, nie w pełni je przestrzegając. Naukowcy sami nie przestrzegają swoich kryteriów naukowości. Najlepszym dowodem jest opisany przez Hawkinga zwrot jego przekonań: kilkadziesiąt lat pracował w oparciu o teorię Wielkiego Wybuchu, a pewnego dnia zmienił z dnia na dzień całkowicie swoje przekonania. Taka nagła zmiana o sto osiemdziesiąt stopni narzuca podejrzenie hipokryzji. Poza tym te kryteria są bardzo różne na różnych obszarach językowych. W Niemczech wszelkie „poważne”, chociaż wcale niekoniecznie sensowne i sprawdzalne, opisy i dyskursy, nazywane są naukowymi, na anglojęzycznym terenie logika i matematyka nie pretenduje i nie jest traktowana jako dyscyplina naukowa lecz jako „narzędzie” nauki, u nas rzekomo kryterium naukowości przypisuje się tylko zdaniom sprawdzalnym Zasada zachowania wszędzie obowiązuje jako dogmat „naukowy”, a nigdzie nie jest sprawdzalna. Teoria Wielkiego Wybuchu wyliczona chyba została matematycznie w Anglii, a matematyka nie jest objęta w Anglii mianem nauki – jednym słowem z tymi kryteriami naukowymi jest moim zdaniem niewąski galimatias i moim zdaniem ja nie mam obowiązku ich skrupulatnego przestrzegania. Dlatego nie mam zamiaru usuwać z tekstu tego wszystkiego co jest bajką, poezją, satyrą, bo mój opis nie jest rozprawą naukową, lecz literaturą popularną. Ja nie jestem naukowcem i moim zdaniem, mój opis jest dziełem sztuki, ale jeśli moje idee, pomysły i odkrycia są coś warte, rzetelni naukowcy, którzy studiowali przecież hermeneutykę, prędzej czy później zwrócą na nie uwagę i z dzieła sztuki wyodrębnią wartości „naukowe” (poznawcze).

Mój opis rzeczywistości zatytułowany TNR jest bardzo krytyczną, jeśli nie satyryczną (wywraca świat do góry nogami) literaturą popularno filozoficzną. Taka konwencja nie zobowiązuje mnie do poszanowania żadnych kryteriów „naukowości”, tym bardziej, że jak wiemy wiele różnych wysiłków różnych nawet bardzo wielkich filozofów, ostatnio Witgensteina i Schelera spełzło na niczym i z filozofii nie udaje się „zrobić” nauki jako takiej, czyli tej wymarzonej „ścisłej”. Filozofia jest dla mnie też tylko „sztuką” prowadzącą do mądrości i wiedzy, ale nie do władzy. Platona państwo filozofów, Comte’a państwo pozytywistów, Marksa hasło „filozofia powinna zmieniać świat” to, moim zdaniem, hasła wypaczające filozofię. Mój tekst wytyka je tak nauce, jak i filozofii i określa jako przyczynę kryzysu. Mój tekst jest taki jaki jest, by, zainteresować czytelnika nie tylko akademickiego, ale i przeciętnego. Pisząc go chciałem pokazać i udowodnić, że również szary człowiek myśli, że ciągle egzystuje „chłopski filozof” i tzw. kompetentni myśliciele i posiadacze władzy wszelkiej maści, głęboko się mylą, traktując ludzkość jako bezmyślną i bezwolną masę. Inkwizycja nadal istnieje, może nie tak okrutna, ale bardziej skuteczna, polega na przemilczaniu problemów, nie udzielaniu odpowiedzi, lub jej pozorowaniu niezrozumiałym językiem. Inkwizycja nazywa się dzisiaj „kompetencją’ i „biurokracją”.

Stawiane mi zarzuty pomieszania treści literackich i naukowych, a nawet czasami wypominanie humoru i poezji, są wobec tego nieadekwatne. Bo przecież, jak świat światem, wszystkie teksty nawet najbardziej „naukowe” czy „filozoficzne” zawierają takie pomieszanie różnych elementów myślenia. Np. Parmenidesa „O Prawdzie i Mniemaniu”. Albo np. Heideggera jedni nazywają wielkim filozofem, a inni, „poetą, ale kiepskim”. Albo „Byt i myśl” prof. Leszka Nowaka, to pół książki krytyki, humoru, poezji, a drugie pół napisane językiem symbolicznym dowodzenie nicości. Zarzut, że piszę bajki i treści sprzeczne z obowiązującymi standardami naukowymi nie jest opinią „naukową”, bo przecież jeśli moja bajka zawiera należytą więź logiczną w tym co opowiada, to nie jest nic gorsza od głoszonych przez naukę bajek nazywanych hipotezami, czyli odwoływalnymi przypuszczeniami. Każda bajka coś wyjaśnia, lepiej lub gorzej. Zadaniem hermeneutów i innych zawodowców jest wyłowić i wykorzystać wartościowe dla wiedzy treści.


DODATEK

Do rozdziału XI

Dialogi z przedstawicielami nauki


Aby przybliżyć sobie problemy mikro-świata i kosmologii (czyli metafizyczne, bo źródłem, czy bazą metafizyki jest fizyka i nauki pokrewne) nie tylko z książek, próbowałem, na zasadach komercyjnych, nawiązać osobiste kontakty z ludźmi zajmującymi się na co dzień nauką, fizyką, filozofią, religią. Dałem nawet w tym duchu chyba z dziesięć ogłoszeń w poczytnej gazecie. Myślałem, że w czasach bezrobocia i nędznych zarobków naukowców, łatwo znajdę współpracowników, ale się bardzo myliłem. Na dziesięć ogłoszeń w ogólnokrajowej gazecie dostałem tylko z 10 – 15 ofert i w końcu prawie żadnej konstruktywnej pomocy. Fizyków zgłosiło się chyba z pięciu, ale właściwie tylko po to by przedstawić mi swoje systemy nie akceptowane, lub wręcz odrzucane przez władze „naukowe”. Wszyscy się wstydzili i obawiali współpracy z „chłopskim filozofem” co wymyśla „niebyt” i „nieantagonizm”. Większość w duchu wyśmiewała moje pomysły, a niektórzy stosowali uderzenia poniżej pasa.

„Niebyt”? Jako kategoria materialistyczna? Człowieku, od tysięcy lat wiadomo, że żadnego niebytu nie ma” – i na tym koniec dyskusji. W czasie wieloletniego pisania tej książki miałem setki takich śmiesznych, ale i wielce dramatycznych „przygód” z intelektualistami różnych stopni naukowych, od studentów i magistrów, poprzez doktorów, aż do profesorów.

„Panie Kowalczyk, pan to nazywa teorią? Co to za teoria? Do teorii to jeszcze wiele Panu brakuje!”

– a ja na to: „Szanowny Panie, a co to jest „teoria” i co tej mojej brakuje? Proszę uprzejmie mi wskazać, podać regułę, abym mógł ją uzupełnić ?” – ale odpowiedzi nie dostaję i dyskurs się kończy.

„Panie, Panie, czyś Pan na głowę upadł, nie jest Pan żadnym fizykiem, nie ma Pan pojęcia o fizyce, co się Pan fizyków czepia?”

– „Proszę wybaczyć, faktycznie nie jestem fizykiem, i zadaję pytania metafizyczne, ale ja chcę po prostu trochę lepiej zrozumieć skąd się wziąłem – zresztą Einstein pół życia był nisko uposażonym urzędnikiem celnym, a dzisiaj jest sławiony jako największy w dziejach fizyk” – no i znów koniec korespondencji.

A oto fragmenty wymiany zdań z jedynym korespondentem dostrzegającym sensowność samego stawiania pytania:

Mój list do Pana Marka: „Moim zdaniem, ci którzy z języka „naukowego” (matematyka i inne języki analityczne itp.) robią „cuda”, z najprostszych równań wyciągają nieskończone konsekwencje – jak np. wypadek opisany przeze mnie: przestawienie znaków przez Hawkinga, które odwraca rzeczywistość na czas urojony i odwrotnie (i likwiduje „osobliwości”) – Ci ludzie są nowoczesnymi szamanami, którzy w ten świadomy sposób chcą dominować i panować nie tylko nad szarym człowiekiem posługującym się językiem naturalnym, ale usiłują i chcą panować nad przyrodą – ale PRZYRODA nie da się oszukać – twierdzenie, że 2x2 = prawdopodobnie 4 lub prawdopodobnie 5 – jest np. dla mnie nie do przyjęcia, bo ja, tak jak i przyroda wiem, że 2x2 =4.”

Odpowiedź Pana Marka: „Omawiałem cząstkę, jako najbardziej skondensowaną i „materialną” część. Z energią, którą można poczytywać jako „rozproszoną” (to znów tylko moja przenośnia) formę materii, jest jeszcze gorzej. Co do języka: Powstał on rzeczywiście w obcowaniu z przyrodą. Ale przez te tysiące lat, gdy powstawał, ludzie nie mieli pojęcia o fizyce kwantowej. Kiedy teraz powstanie spójny i oddający prawdę opis? Znowu nie wiem! Może to właśnie jedna z naszych ról, m.in. Pana i moja? Ile szans na sukces? A w fizyce kwantowej podstawowe prawa w rodzaju 2x2=4 przestały, ku zadziwieniu, zgorszeniu i rozdrażnieniu nie mniejszemu niż Pańskie, funkcjonować. Tam nie ma już żadnej oczywistości. I cóż ja mogę na to poradzić? Tam są tylko amplitudy prawdopodobieństw. I żadnych konkretów!!!”

Mój list: „Dziękuję za jeszcze jeden wykład z Sokratesa „wiem, że nic nie wiem”, ale mnie to nie zadawala, jak Pan zdążył już chyba zauważyć. Wykład zresztą nie na temat rozpoczęty bo to jest wykład na temat cząstki a ja szukam wykładu na temat nieciągłości energii a ostatnio również na temat nieciągłości czasu i przestrzeni – jak widzę w świecie tzw. nauki fizyki obowiązuje mentalność intelektualistów, którym bardzo trudno przychodzi przyznać ze 2 x 2 = 4 i którzy ze wszystkiego zrobią szaradę (powołując się na matematykę) – jeśli byłoby to możliwe to niech Pan będzie uprzejmy szukać mi nadal wykładu na temat obowiązującej naukowej interpretacji nieciągłości – a propos języka to też można na niego wszystko zwalić, ale wcale tak nie jest, że język fizyka musi być niezrozumiały dla potocznego języka, bo język jako taki pochodzi i kształtuje się na skutek bezpośredniego kontaktu człowieka z przyrodą, czyli język potoczny pochodzi „z przyrody” i jak by się chciało to na pewno można tym językiem przyrodę opisywać – takie jest zdanie człowieka, dla którego oczywistością jest, że 2 x 2 = 4.

Odpowiedź: „No i znów wchodzimy na bardzo grząski grunt. Ta zwykła interpretacja nieciągłości to taka, jak ją odczuwamy intuicyjnie. Czyli coś jest, pomiędzy czegoś nie ma… i powstaje NIC. Tak naprawdę jednak w mikroświecie jest z zupełnie inaczej. Jak naprawdę jest, to nikt nie wie, o czym już niejednokrotnie pisałem.

I tu proszę naprawdę wziąć coś ciężkiego i rzucić o ścianę, bo sprawy są dla każdego (również dla największych fizyków – chociaż nieczęsto dają o tym znać) niezwykle denerwujące. Nie ma języka, którym by się to dało opisać.(…) Ja chyba nie będę mógł dalej z Panem korespondować i wyszukiwać tego, o co Pan prosi, bo:

Strasznie Pana wkurzają moje odpowiedzi; a co ja mogę poradzić, gdy innych nie ma?

Natrząsa się Pan i wyzywa ludzi nauki od szamanów, którzy zrobili spisek, by wszystko pokomplikować. Jeśli i ich (oprócz masonów, Żydów i komunistów) również wciągniemy w Wszechświatowy spisek zorganizowany na zgubę porządnych ludzi, to komu mamy już wierzyć? To oczywiście żartem, ale przecież tak nie można! Jeśli Pan jest przekonany, że wszystko, co fizyka wymyśliła to stek bzdur i błazeństw, którym nie warto poświęcić chwili uwagi, to proszę o tym wszystkim zapomnieć i stworzyć sobie własny świat pozbawiony elektryczności, komputerów i lotów międzygwiezdnych. Bo to z tych głupot się wzięło.

A teraz próbuję jeszcze raz na poważnie. Pojęcia ciągłości i nieciągłości w sensie potocznym znaczą to, co wszyscy wiemy. I definicji takich pojęć w encyklopediach nie ma. Gdy mamy na myśli jednak ciągłość w sensie naukowym znowu wkraczamy na teren (znienawidzonej już przez Pana) matematyki. W przesłanym za chwilę mailu znajdzie Pan załącznik z hasłem ciągłość i nieciągłość z „Encyclopaedia Britannica”. Jak Pan zauważy są to pojęcia definiowane na gruncie matematyki i nawet gdybym je dla Pana przetłumaczył, o co nietrudno, to i tak nie zbliżyło by to Pana, jak podejrzewam, do takiego ich określenia, które można by było wykorzystać w Pańskiej argumentacji. Chciałbym podkreślić, że szukałem w różnych źródłach i to co przesyłam jest jeszcze najbardziej strawne.

To samo dotyczy interwału. W sensie potocznym oznacza to po prostu „odstęp, przerwę” (również w muzyce), ale w nauce pojawia się w teorii względności (w tekście odpowiedni fragment zaznaczony na czerwono) i znów, jak widać z załączonej strony, definiowane jest na gruncie matematyki. Ta strona wzięta jest z encyklopedii znajdującej się na witrynie „www.onet.pl” w Internecie, gdzie warto również pogrzebać.

Piszę tyle i cały czas myślę jak Panu pomóc. Na razie nie znajduję sposobów.”

„Tak naprawdę jednak w mikroświecie jest z zupełnie inaczej. Jak naprawdę jest, to nikt nie wie, o czym już niejednokrotnie pisałem.” – pisze do mnie Pan Marek, czyli twierdzi, że w mikroświecie jest zupełnie inaczej, ale jak jest to nie wiadomo – no to skąd wiadomo, że jest inaczej? – O żadnym spisku, Żydach masonach słowa nie napisałem, ale jestem oskarżony.

Mam znajomego, od dwudziestu lat profesora, jest fizykiem i filozofem. W pewnej chwili zwróciłem się do niego by przejrzał mi tą moją rozprawę. Obiecał, że tak, oczywiście, że zrobi i wypunktuje zastrzeżenia. Po upływie roku znów go zaatakowałem. Poprosił o nową wersję tekstu. Wysłałem i przez następny rok ani nie wspomniał o moim projekcie tej książki, mimo że byliśmy w ciągłym kontakcie w innych sprawach. Wobec tego ja też nic już nie wspominałem.

Gdy tekst był gotowy wysłałem go do jednego ze znanych i kompetentnych profesorów filozofii nauki, z prośbą o recenzję. Profesor przysłał krótkiego życzliwego maila, że nie ma czasu i odsyła tekst do innego kompetentnego profesora. Potem odesłał mi tekst i poradził bym wysłał go do jeszcze innego, bardziej kompetentnego profesora, bo oni nie mają czasu. Ten najbardziej kompetentny ksiądz profesor, najpierw napisał cały długi list, ale właściwie nic nie zawierający poza niechęcią do jakiegoś „niebytu” i informacją, że nie ma czasu. Ja mu na to, że Księże Profesorze, ksiądz ma asystentów, studentów, ja zapłacę za ich pracę, ksiądz nie musi przecież tego osobiście robić, trzy czy cztery listy wysłałem w tym duchu. Długo nic, już myślałem, że żadnej odpowiedzi nie jestem godny. Wreszcie jest odpowiedź: „nie rozchodzi się o żadne honoraria, ale o czas. I nie tylko. Ten tekst nie nadaje się do publikacji. Opis tak bardzo odbiega od naukowych standardów, że nie da się go poprawić, opiera się na nie zrozumieniu fizyki. Oczywiście ma Pan prawo starać się o jego opublikowanie na własną odpowiedzialność. I wyrazy ubolewania.” Ja mu na to, że wcale mi nie jest przykro, bo się cieszę, że w ogóle odpowiedź dostałem, bo bałem się, że żadnej nie dostanę i podobnej się spodziewałem – ale ciekawy jestem czy Ksiądz Profesor rozumie fizykę?

Dlaczego ośmielam się zadać słynnemu księdzu profesorowi takie „głupie” pytanie? Bo oto co pisze Steven Weinberg: „Przyznaję jednak, że czuję się nieco niezręcznie, przez całe życie korzystając z teorii, której nikt w pełni nie zrozumiał (…)[124].” proszę się dobrze zastanowić nad tym, co on pisze. Całe życie pracuje, a nikt w pełni nie zrozumiał przedmiotowej teorii! Na wcześniejszej stronie tej książki jest jeszcze ciekawsze opowiadanie, jak zdolny młody fizyk złamał sobie karierę (pewno zwariował, albo wyrzucili go ze środowiska naukowego), bo … próbował zrozumieć teorię fizyczną którą uprawiał. I w chwilach szczerości oni wszyscy przyznają się do tego, że w końcu nic nie rozumieją. I ja mam szacunek dla takich pokornych i odważnych naukowców mających tyle odwagi i piszących prawdę o swojej niewiedzy! A ja nie jestem fizykiem i nie piszę teorii fizycznej, naukowej, lecz narrację filozoficzną i metafizyczną, teorię bytu i twierdzę, że nie muszę wcale fizyki znać i rozumieć.

Właściwie stwierdzenie uczonego autorytetu, że mój opis nie nadaje się do poprawienia, powinienem uważać za pozytywny, bo to znaczy, że nie ma w nim błędów i sprzeczności. Tylko, że ten mój łańcuch założeń i wniosków przewraca świat naukowy do góry nogami i gdyby go przyjąć za dobrą monetę, trzeba by dotychczas utajone parametry niebytu wprowadzać do wszystkich teorii, a to kłopot nie z tej ziemi i strasznie dużo roboty – więc najprościej, nowy opis rzeczywistości po prostu odrzucić, jako że autor teorii bytu „nie rozumie fizyki”. „Tekst nie nadaje się do publikacji”, ale „ma Pan prawo opublikować na własną odpowiedzialność”. Więc w końcu nadaje się do publikacji, czy się nie nadaje? Ja prosiłem o recenzję, a nie o przyjmowanie odpowiedzialności. Przecież każdy kto coś publikuje, czyni to na własną odpowiedzialność. Ja rozumiem, że trudno jest przyjąć idee jaskrawo różniące się od powszechnie przyjętych, nie popadając w konflikt z elitą naukowców, a nawet społeczeństwa, ale uczony i na dodatek ksiądz, powinien mieć odwagę dążyć przede wszystkim do uczciwości intelektualnej. Czyli tym bardziej zrobienie recenzji powinien zarządzić swoim asystentom czy studentom. Recenzja bardzo by mi pomogła, bo zmusiłaby mnie do poprawy opisu, lub zaniechania jego publikacji. Zmuszenie mnie do publikacji bez jakiejkolwiek recenzji, to moim zdaniem, też cios poniżej pasa, ani nauce, ani społeczeństwu nie służący.

Słynny amerykański fizyk noblista Richard P. Feynman, pisze: „Nie przejmuję się tym, że istnieją rzeczy nienaukowe. Taki jest nasz piękny świat. To znaczy nie budzi moich obaw fakt, że coś jest nienaukowe. W tym, że jest nienaukowe, nie ma nic złego. To żaden problem. Po prostu jest nienaukowe. TO, CO NAUKOWE, OGRANICZA SIĘ OCZYWIŚCIE DO TEGO, O CZYM MOŻEMY ORZEKAĆ NA PODSTAWIE PRÓB I BŁĘDÓW.(…)W fizyce teoretycznej trzeba to uznać za regułę: niezależnie od tego, co facet wymyśli, prawie zawsze jest to nieprawdą Dlatego w historii fizyki było 5 czy 10 teorii, które okazały się prawdziwe. Tych właśnie poszukujemy. Nie oznacza to, że wszystko jest fałszywe. Musimy jedynie każdą rzecz sprawdzać.” [125]

Czy kompetentni „specjaliści” mają wobec tego prawo bez uzasadnienia, czyli bez „orzekania na podstawie prób i błędów” i „sprawdzenia” określać moją TNR jako nienaukową i odrzucać nawet prośbę o jej recenzję?

W gazecie przeczytałem duży artykuł o wielkich osiągnięciach fizyków polskich zajmujących się kwantową teorią mikro-świata i wzmianki o nieciągłości energii i podobno ostatnio odkrytych kwantach (czyli nieciągłości), czasu i przestrzeni. Pomyślałem, że tu mogę wiele wyjaśnić i wysłałem do jednego z autorów maila, to chyba jest dosyć ciekawe, więc przytoczę całą korespondencję:

List do fizyka: „W grudniu opublikował Pan w „Rzeczpospolitej” artykuł, w którym znalazłem bardzo krótką wzmiankę o ostatnich odkryciach nieciągłości czasu i przestrzeni – czy i gdzie mógłbym znaleźć dokładniejsze dane na ten temat? Jestem bardzo zainteresowany albowiem kończę pisanie pracy pt. „Nieantagonistyczna teoria rozwoju – zarys ontologii – niebyt” i teorie kwantu i nieciągłość energii kwalifikuję jako naukowy empiryczny dowód istnienia NIEBYTU – pozwalam sobie załączyć krótki wyciąg z mojej rozprawy i byłbym bardzo wdzięczny za ustosunkowanie się Pana do mojej interpretacji” Do w/w maila dołączyłem następujący fragment mego tekstu:

TNR obejmuje zjawiska mikro i makroświata jednolitym i niezmienniczym prawem przyrody rządzącym materią, tj. prawem konieczności dążenia do równowagi i  zachowywania równowagi względnej. Jest to wyrażona językiem potocznym  idea symetrii matematycznej. Własności tej jakiejś asymetrii ujawniając drgania, czyli częstotliwość porcjowania energii (kwant) muszą dotyczyć przede wszystkim bytu (materii = energii) i przestrzeni absolutnej (próżni = niebytu). Symetria (postulowana już przez Platona) musi być przy tym prawdziwą symetrią, a to znaczy, że nauki zajmujące się prawami przyrody muszą przywiązywać jednakową wagę do badania zdarzenia (drgania), jak i do interwału (odstępu) pomiędzy tymi zdarzeniami. Z tego co wiemy, fizyka współczesna zajęta jest wyłącznie zdarzeniami, ustaliła np. jednostkę energii, kwant, tzw. stałą Plancka, nie zajmuje się natomiast wcale odstępami między zdarzeniami, czyli nieciągłością energii. A ta nieciągłość jest dla mnie dowodem istnienia niebytu. Zdaniem TNR właśnie w mikroświecie, czyli w najmniejszych obszarach czasoprzestrzeni zachodzą najważniejsze procesy powstawania olbrzymich energii przekształcającej się w cząstki elementarne, z których następnie powstają różnego rodzaju struktury zachowujące odkrytą i opisaną przez TNR funkcje prawdopodobnej drogi do bytu, czyli poprzez materię niezrównoważoną i przeciwieństwa, do równowagi względnej esencji bytu. Ta droga rozwoju (informacja, potencjalność, czyli sposobność i możliwość, możność i aktualizacja) dzieje się zawsze w czasie i przestrzeni, czyli w czasoprzestrzeni, ale czasoprzestrzeni określanej przez nieskończony i absolutny niebyt. Nasz opis teorii mikro i makro procesów materii jest w zasadzie deterministyczny, bo wyznaczanym jestestwom celem jest idealna równowaga, ale ponieważ w bycie jest ona nieosiągalna, teoria nasza jest indeterministyczna i probabilistyczna (uprawdopodobniona). Czyli, moim zdaniem, TNR traktująca o całości Wszechświata, nie tylko spokrewniona jest z opisami teorii kwantów, lecz zachodzą między nimi wzajemne oddziaływania. Mechanika kwantów opisująca procesy zachodzące w mikroświecie jest w rzeczywistości częścią naszego, filozoficznego pojmowania Wszechświata.

Dominującą w dzisiejszej fizyce atomowej jest teoria kwantów, a zasadniczym odkryciem tej teorii jest fakt emitowania przez oscylator (źródło) energii jedynie „kwantami” (porcjami), a więc w sposób nieciągły. „Interpretacja ta głosiła, że światło składa się z kwantów energii poruszających się w przestrzeni”.[126]

Teoria kwantów, chociaż o ile wiemy, jak dotychczas tego nie wypowiedziała, najzwyczajniej w świecie empirycznie stwierdza, moim zdaniem, niebyt, głosząc elementy nieciągłości energii, „wszędzie (wg. tej teorii) dające się stwierdzić za pomocą obserwacji”. A więc teoria kwantów kontestuje teorię bytu Parmenidesa, który twierdził, jak czytaliśmy to w poprzednich rozdziałach, że „byt jest ciągły, bo każda przerwa byłaby niebytem”. Teoria kwantów twierdzi, że element nieciągłości „przejawia się wszędzie w fizyce atomowej”[127] a szczególnie jasno „występuje przy przechodzeniu od tego co możliwe, do tego, co rzeczywiste. To samo mówi TNR: możliwa jest aktualizacja możności, czyli jakichś cząstek (a+b+c) w przeciwieństwo (+d=P1) i następnie w istotę bytu (równowagę względną: P1 <> P2), możliwy jest, czy prawdopodobny (w języku teorii kwantów), akt bytu, ale nie musi się wcale stać, bo jest możliwy również rozkład i powrót „materii niezrównoważonej” do niebytu. Jest dla mnie niezwykle ciekawym pytaniem, jak teoria kwantów interpretuje stwierdzanie przez siebie nieciągłości energii (a więc materii), znając przecież teorię Parmenidesa, ale mimo starań nie zdołałem tego znaleźć w dostępnych materiałach. TNR stwierdza istnienie niebytu i nieciągłość energii jest dla nas oczywista. Teoria kwantów stwierdza i obserwuje nieciągłość, ale o niebycie, czy próżni absolutnej ani nie wspomni.

I dostałem następującą odpowiedź:

Odpowiedź fizyka: „Wkracza Pan na bardzo grząski grunt. Nie bardzo wiem jak Panu pomoc (szczególnie, że nie wiem, co to ma być za praca – magisterska? na jakim wydziale? itp). Obawiam się, że to co pan pisze nie odpowiada ani wiedzy fizycznej, ani refleksji filozoficznej nad teorią kwantów. Jeśli chodzi o tę pierwszą mogę Panu polecić książki:

L. Smolin: Trzy drogi do kwantowej grawitacji CiS 2001 i Życie Wszechświata, Amber 1999

R. Penrose Nowy umysł cesarza, PWN 1996

Davies et. al, Duch w atomie, CiS, 1996

Poza tym może Pan zajrzeć do archiwum http://plato.stanford.edu/ (Stanford Encyclopedia of Philosophy) i poczytać artykuły nt. quantum theory, gdzie znajdzie Pan również wiele linków.

Jeśli chodzi o Pana tekst, nie wiem, co oznacza TNR, a poza tym, co do tego wszystkiego ma Parmenides? co to znaczy „empiryczny dowód istnienia NIEBYTU”? To brzmi jak empiryczny dowód istnienia Boga!

List do fizyka: „Proszę wybaczyć, że wysyłając pierwszego maila nie przedstawiłem się dokładnie – jestem całkowicie niezależnym myślicielem, (spoza układów akademickich) autorem książki Nieantagonistyczna Teoria Rozwoju – Ideologia Ofiar, Wydanie Własne, Frankfurt/Main 1989, a teraz skończyłem pisać zarys ontologii w/w myśli (TNR) – książka popularno filozoficzna ma być w najbliższym czasie wydana przez małe wydawnictwo i całkowicie na moją odpowiedzialność – na ten, jak Pan był uprzejmy zauważyć, grząski grunt wkroczyłem już bardzo dawno (mam 75 lat) – moje myśli formułuję w konwencji ontologii materialistycznej, ale oczywiście nie do końca, (zasada nieantagonistycznego sposobu bycia bytu, niebyt, ewolucyjne powstawanie Wszechświata czyli ciągłe dorabianie materii i wszelkie konsekwencje) zawarte w tym opisie faktycznie odbiegają od obowiązujących standardów naukowych, zawarte w tej książce są oczywiście niesłychanie kontrowersyjne, co przecież nie znaczy, że muszą być niesłuszne – jedną z głównych ról mojego opisu ma kategoria „niebytu” jako przeciwieństwa bytu, który traktuję i na wiele sposobów udowadniam jako realnie istniejące jestestwo wcale nie negujące lecz odwrotnie afirmujące byt – KWANT jako porcja energii=materii, a właściwie interwał, oddzielający kwanty, jest dla mnie naukowym (empirycznym) dowodem istnienia niebytu – interwał jest dla mnie niebytem, bo czymże innym być może? Mój opis nie sięga BOGA, który jest przecież nie pojmowalny, na wyższym poziomie ponad „rzeczywistością”, która jest u mnie równowagą względną bytu i niebytu – Parmenides ma z tym tyle wspólnego, że dowodził ciągłości bytu i twierdził, że każda nieciągłość byłaby niebytem, a więc teoria kwantu obala teorię bytu Parmenidesa: „byt jest, niebytu nie ma” – Jestem Panu bardzo wdzięczny za chociaż tą cząstkową odpowiedź, ale bardzo ciekaw jestem czym dla FIZYKI jest interwał pomiędzy kwantami energii? czym są przerwy między zdarzeniami? bo jeśli energia, czas i przestrzeń nie są ciągłe, to i zdarzenie, a więc przedmiot badań fizyki, nie jest ciągłe. Będę niezmiernie wdzięczny za krótką o tym informację, bo moja książka idzie właśnie do drukarni i może mógłbym jeszcze kilka zdań dodać lub zmienić.

Po tym mailu była dosyć długa przerwa i moje przypomnienie:

List do fizyka: „Opublikował Pan artykuł, a więc zaciągnął Pan zobowiązania wobec czytelników. Czy ja nie dostanę odpowiedzi na zadane pytanie? Heisenberg pisał już 40 lat temu w „Fizyka A Filozofia” (str. 143), w swojej polemice ze Schroedingerem, o braku kontrpropozycji wobec zwykłej interpretacji elementu nieciągłości – a ja nie mogę się nigdzie doszukać, jaka jest ta „zwykła interpretacja” elementu nieciągłości stwierdzanej wszędzie za pomocą obserwacji i dlatego pozwoliłem sobie spytać Pana o nią? Materia=energia jest nieciągła, jest przerywana, czym jest przerywana, czym jest ten interwał pomiędzy kwantami? Bardzo proszę w miarę jak najprościej i najkrócej odpowiedzieć mi na to pytanie – bez żadnych zobowiązań przecież – jest Pan naukowcem, czy Pan się boi ujawnić obcemu człowiekowi swoją „prywatną” lub oficjalną naukową interpretację czegoś co jest znane od 40 lat?

Odpowiedź fizyka: „Niestety nie wiem jak mogę Panu pomóc. Nie mam pojęcia o co chodzi w „braku kontrpropozycji wobec zwykłej interpretacji elementu nieciągłości”. To, że coś jest nieciągłe nie oznacza, że jest czymś przerywane. Jeśli mogę coś zasugerować, to proponowałbym, aby przestał się Pan głowić nad interpretacją tego, co napisał Heisenberg, a poświęcił się lekturom książek, które Panu przekazałem. Istnieje cała wielka literatura poświęcona podstawom pojęciowym fizyki kwantowej, ale Heisenberg nie jest najlepszym (a na pewno bardzo przestarzałym) punktem wyjścia. Proponuję, żeby zajrzał Pan do encyklopedii stanfordzkiej po więcej informacji.

List do fizyka: „Dziękuję, rozumiem, że interpretacja nieciągłości jest taka, że nieciągłe nie oznacza że jest czymś przerywane – czyli co oznacza? Normalnie oznacza że jest przerwane – dziękuję za wskazówki co i gdzie szukać”.

No i tak, chciałem się dowiedzieć, jaka jest „zwykła” fizyczna interpretacja nieciągłości energii, no i się dowiedziałem, że „to co jest nieciągłe, nie oznacza, że jest czymś przerywane”, czyli że nieciągłe nie jest nieciągłe, ale jak to może być, że nieciągłe, czyli przerywane, mogło być nie przerywane, tego się nie dowiedziałem. I co to jest interwał (przerwa) wg. nich, a oto mi chodziło, też się nie dowiedziałem. Profesor, dr. habilitowany, nie rozumie co to znaczy „empiryczny dowód istnienia NIEBYTU”? i wymiguje się oczywiście (deux ex machina) podejrzeniem, czy czasem nie chodzi mi o Boga? Dowiedziałem się, że Heisenberg jest przestarzały i powinienem studiować nowsze „biblie”. Jak to może być, że Heisenberg, twórca zasady nieokreśloności, na której cała teoria kwantu się opierała, jest przestarzały, a teoria kwantu starsza od Heisenberga o 50 lat nie jest przestarzała. Tylko że tak odsyłać „do kolegi” to zawsze można, i jak ja się powołam na Penrose’a, czy Davies’a, to będzie można zalecić mi studiowanie Einsteina, Openheimera, czy Tellera. A ja prosiłem o wyjaśnienie słów artykułu tegoż uczonego. I się w końcu dowiedziałem, że nieciągłe to nie jest nieciągłe. 2x2=5, jak jest użyteczne, to dlaczego nie? No, ale teoria kwantu mówi o emitowaniu energii porcjami, czyli kwantami, czyli że energia jest nieciągła i trudno będzie pozbawić świata elementu nieciągłości i pustki, czyli niebytu. Chyba, że kwantową teorię uzna się za dobrą, ale odrzuconą.

Takich i podobnych przygód miałem z nauką i uczonymi wiele. Polska nauka jest wybitnie konserwatywna i zasklepiona w swej kastowości personalnej. Na bardzo liczne prośby o recenzję mej pracy od wszystkich naukowców otrzymałem odmowę tłumaczoną brakiem czasu, tylko i może dlatego, że jeden już zaopiniował: ten tekst jest nienaukowy, nie nadający się poprawić i publikować.

Marne, widzę, widoki na jakiekolwiek „zaistnienie” mojej teorii, ale książkę postanowiłem opublikować. Może za sto lat ktoś ją odkryje i myśli w niej zawarte, wykorzysta. Ku chwale nie tyle człowieka, co PRZYRODY, a może naukowcy zagraniczni znajdą coś wartościowego w moich hipotezach i wnioskach. Bo np. Paul K. Feyerabend w pracy pt. „Przeciw Metodzie”, w której eksponuje zasadę „NIC ŚWIĘTEGO”, oraz twierdzi, że „może istnieć wiele różnych rodzajów nauki” i wobec tego nauka „przestaje być narzędziem badań, a staje się (polityczną grupą nacisku”, pisze: „Dążenie do poszerzenia wolności, do prowadzenia życia pełnego, i dającego zadowolenie, oraz korespondujące z nim usiłowanie odkrycia tajemnic natury i człowieka, pociąga więc odrzucenie wszelkich uniwersalnych standardów i wszelkich sztywnych tradycji. (Naturalnie pociąga to również odrzucenie dużej części współczesnej nauki.(…) Nauka jest zasadniczo przedsięwzięciem anarchistycznym, anarchizm teoretyczny jest bardziej ludzki i w większym stopniu sprzyja postępowi niż koncepcje doń alternatywne akcentujące prawa i porządek”[128]

Feyerabend jako motto umieszcza stwierdzenie BRECHTA: „Ordnung ist heutzutage meistens dort wo nichts ist.” (Porządek jest tam, gdzie nic nie ma) i rozwija tę konstatację na 300 stronicach pracy.



[109]Penrose, Roger (1996) Nowy umysł cesarza, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa, s.201

[110] Popper, Karl R. (1993) Społeczeństwo Otwarte i Jego Wrogowie, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa, t 2. Hegel, Marks s.147

[111] Krajewski, Stanisław (2003) Twierdzenie Goedla i jego interpretacje filozoficzne, Wydawnictwo Instytutu Filozofii i Socjologii Państwowej Akademii Nauk, Warszawa.2003, s.285.

[112] tamże, s. 332.

[113] tamże, s. 342.

[114] tamże, s. 198

[115] tamże, s. 201-203

[116] Anzelm, św z Canterbury (1992) Proslogjon, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa, s. 144

[117] Paul Ricoeur za: (1971) Hermeneutyka symboli a refleksja filozoficzna, Znak nr. 200, Kraków.

[118] Jaspers, Karl (2000) Wprowadzenie do Filozofii, SIEDMIORÓG, Wrocław, s. 28

[119]Weinberg Steven (1994) Sen o teorii ostatecznej, ALKAZAR, Warszawa.

[120] Hawkinga, Stephena W. (1996) Krótka historia czasu – od wielkiego wybuchu do czarnych dziur, Wydawnictwo Zysk i Ska, Poznań

[121] Edward Arthur Milne, za Heller, Michał (1985) Ewolucja kosmosu i kosmologii, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa, s. 96

[122] Heisenberg, Werner (1965) Fizyka a filozofia, Książka i Wiedza, Warszawa, s.200.

[123]Tutt Keith (2002) W poszukiwaniu nieskończonej energii. Naukowe opowieści o zazdrości, geniuszu i elektryczności, AMBER, Warszawa, s.102-103

[124] Weinberg Steven (1994) Sen o teorii ostatecznej, ALKAZAR, Warszawa, s. 112

[125] Feynman, Richard P. (1999) Sens tego wszystkiego, Prószyński i S-ka, Warszawa, s.52-53; 63

[126] Heisenberg, Werner (1965) Fizyka a filozofia, Książka i Wiedza, Warszawa, s. 13

[127] tamże, s. 143

[128] Feyerabend, Paul K. (2001) Przeciw metodzie, Siedmioróg, Wrocław