11.1. Niemożliwość obiektywizmu w nauce.
W tym miejscu pozwoliłem sobie przypomnieć moje
konstatacje z książki pt. Nieantagonistyczna Teoria Rozwoju – Ideologia
Ofiar (Frankfurt/Main 1989) o zaprzeczaniu „naukowości”
(wiarygodności) nauki. Nauka, według mnie, nie jest i nigdy nie może być nauką
pozytywną, a tym bardziej obiektywną, albowiem niezawodna i obiektywna METODA
NAUKOWA NIE ISTNIEJE! Nauka według TNR jest refleksją, namysłem, SZTUKĄ. Metoda
naukowa nie istnieje (nawet w najbardziej ścisłej z nauk – matematyce)
gdyż DECYZJE podejmowane w trakcie badania naukowego (i to niezależnie od
metody badawczej) są subiektywne, a więc nie są decyzjami naukowymi, lecz są
decyzjami naukowca. To naukowiec decyduje, a nie nauka.
Już w trakcie przyporządkowywania pojęć do stanów
faktycznych i symboli do pojęć, każdy naukowiec może zrobić to cokolwiek
inaczej, a konsekwencje z tego wynikające mogą być niesamowite. Następnie, w
każdym badaniu każdego „naukowca”, a wg mnie ARTYSTY (lub sztukmistrza), pomiędzy
przejściami badania wyliczonymi formalnie ścisłym rachunkiem logicznym, lub
matematycznym, naukowiec musi decydować o takim czy innym
„kierunku” badania, czyli ustalać, wyznaczać jego dalszy ciąg i
CEL. Czyni to pod wpływem czynników i motywów naukowych, ale również
nienaukowych – zależnych od subiektywnych właściwości naukowca, od jego
instynktu, precyzji, intuicji, genetyki, moralności, środowiska, wychowania,
konwencji, temperamentu, prawa, interesów finansowych (jego i jego
zleceniodawcy, pracodawcy), poczucia niebytu – ŚMIERCI, elementów
niepełności wiedzy i problemów z językiem – itd.. itp. W każdym badaniu
DECYZJE są najważniejsze, bo chociaż decyzje są przeplatane metodologią, to one
stanowią o treści i rezultatach badania. Poza tym jest rzeczą
nieprawdopodobną by kiedykolwiek można było podejmować decyzje uwzględniające
wszystkie „pro” i „kontra”, czyli zawsze człowiek musi
działać i wybierać opierając się na niedostatecznych przesłankach. Czynnik
intuicji posiada w nauce olbrzymie znaczenie.
Poza tym każdy podmiot poznający ingeruje w
przedmiot, co też jest przyczyną
nieobiektywności nauki. Te argumenty dowodzą, że żadna NAUKA nie jest
„nauką” gwarantującą pozytywność wyników poznawczych, lecz jest
twórczością subiektywną, SZTUKĄ, a każdy „naukowiec” nie jest
naukowcem, lecz ARTYSTĄ. Człowiek się uczy, ale nigdy nie jest nauczony.
Racjonalność w naukach ma wszelkie cechy estetyczności i dlatego też TNR
kojarzy naukowca z artystą. Co oczywiście nie znaczy, że jest to
deprecjonowanie nauki i że naukowiec nie może dochodzić do prawdy, dobra i
piękna.
Różne obserwacje konkretnych faktów są odizolowane i
ich koordynowanie dokonywane jest przez poszczególne indywidualne osobowości
badających, co, moim zdaniem, uniemożliwia istnienie nauki jako takiej, a
tworzy sztukę.
Jak pisze Roger Penrose: „Określając stan
początkowy układu newtonowskiego musieliśmy podać położenia oraz prędkości
wszystkich cząstek, gdyż inaczej nie moglibyśmy wyznaczyć dalszej ewolucji
układu.”
Znaczy to, że do wyznaczenia jakiegokolwiek stanu czy jakiejkolwiek ewolucji
jakiegokolwiek układu konieczne jest podawanie parametrów wszystkich czynników
biorących udział w tym układzie, a więc również dane dotyczące przeciwieństwa
bytu czyli niebytu i przeciwieństwa zdarzenia, ruchu, czyli bezruchu. Żadni
naukowcy tego nie robią i nigdy nie zrobią, gdyż parametry ruchu i bezruchu,
nieskończonej przestrzeni i czasoprzestrzeni, są niewspółmierne. Podstawowy
nowy składnik modelu fizycznej rzeczywistości, opisany przez TNR to wektory
bezsiły niebytu będące rzeczywiście i samodzielnie istniejącymi obiektami. Ale
ani tych, ani żadnych danych człowiek nie jest w stanie wyliczyć ze względu na
brak wspólnych miar dla bytu i niebytu, oraz ze względu na ingerencję badacza w
przedmiot badania, co udowodnił Heisenberg zasadą nieoznaczoności. Te fakty
dowodzą też, że „prawdziwa” nauka nie jest możliwa i musi być tylko
zbiorem BARDZO przybliżonych hipotez.
W dużym stopniu istotą nauki jest dokonywanie
pomiarów, tymczasem wiemy już z doświadczenia i z różnych teorii, że dokładny
pomiar nie jest nigdy i nigdzie możliwy, a więc nauka w swej istocie jest tylko
przybliżaniem się wiedzy do jej apogeum. Z tego wynika wniosek, że wiedza
naukowa nic się nie różni od wiedzy filozoficznej i metafizycznej.
Przede wszystkim jednak nauka wprzęgnięta jest w
służbę użyteczności, którą, aby osiągać, musi dokładnie przewidywać przyszłość,
a co najmniej ją w przybliżeniu prognozować. To dlatego najistotniejszą funkcją
nauki są pomiary różnego rodzaju.
TNR odkrywa uniwersalne prawo natury, generalnie do
wszystkiego się stosujące, na podstawie, którego i dzięki któremu Wszechświat
istnieje, jest w ruchu, rozwija się, wszystko „się kręci”. Tym
prawem jest PRAWO ISTNIENIA, jednoznaczne z prawem korelacji przeciwieństw,
czyli prawo równowagi względnej przeciwieństw. Według tego prawa Istnieje tylko
to, co jest objęte relacją korelacji przeciwieństw, czyli znajduje się w stanie
równowagi względnej przeciwieństw. Jest obojętną kwestią, jaka jest ta
korelacja, lub w jakim stosunku istnieje ta równowaga względna. Faktem, moim
zdaniem, dowiedzionym i koniecznym jest jakaś równowaga względna przeciwieństw,
gdyż przekroczenie jej skutkuje NIEISTNIENIEM danego jestestwa. Byt istnieje
tylko w stosunku, na tle niebytu, niebyt istnieje tylko w stosunku do bytu. a
więc mamy prawo natury, któremu podlegają wszystkie odkryte fakty i zdarzenia.
Wszystkie następnie dostępne nam i odkryte prawidłowości przyrody j. np.
„nieantagonizm przeciwieństw”, wynikają z naszego uniwersalnego
prawa istnienia (korelacji przeciwieństw), są jego konsekwencjami. Znaczy to,
że poznajemy poprzez te prawa fragmenty historii i historie Wszechświata, bytu
i niebytu, w ogóle i w szczególe. Opis każdego fragmentu historii i każdego
faktu czy zdarzenia daje nam możność określania determinacji zdarzeń i poprzez
naukowe pomiary dawałoby człowiekowi jakieś możliwości przewidywania
przyszłości.
Niestety, ogólnie rzecz biorąc jesteśmy całkiem
blisko prawdy, ale obliczać przyszłość w szczegółach możemy w bardzo wąskim
zakresie. Ze względu na wiele ograniczeń, z których zasadnicze są dwa:
fakt, że jesteśmy zawsze w środku układu
zniekształca zawsze wszelkie pomiary. Działa tu prawo nieoznaczoności
Heisenberga. Oddziaływanie podmiotu na przedmiot i potęgujące się
zniekształcające działania wszystkich tych czynników uniemożliwia praktyczną
możliwość przewidywania przyszłości.
czynników biorących udział w ewentualnych
obliczeniach równowagi względnej, czyli prawa istnienia, jest tak wiele, że
nigdy człowiek, nawet z pomocą genialnych maszyn, nie nadąży za naturą i nigdy
nie starczy mu CZASU na wykonanie obliczeń przeszłości i teraźniejszości, a cóż
dopiero mówić o przyszłości.
Równowagę względną dwóch czynników (np. Ziemi i
Księżyca) dosyć łatwo matematycy obliczają. Gdy jednak na tą równowagę składają
się 3,4,5,10 czynników (np. Układ Słoneczny) już niezbyt dokładnie jest to
możliwe, a na historię Wszechświata mają wpływ miliardy czynników, których
ilość zwiększa się w trybie postępującym. Np. zanim jesteśmy w stanie jako tako
obliczyć pogodę na jutro ona już dziesięć razy uległa zmianie. A więc problem
przewidywalności nie jest problemem nauki (determinizmu i indeterminizmu), lecz
jest to problem czasu i zdolności obliczeniowych człowieka. Rejestracja faktów
i wyciąganie wniosków jest procesem postępującym i nieskończonym i nigdy
człowiekowi nie starczy CZASU na pełne i szczegółowe rozstrzygnięcie problemów.
Filozoficzne formuły TNR jako tako na ogólne pytania filozoficzne odpowiadają i
rozstrzygają stare dylematy, ale nie są to rozstrzygnięcia naukowe, lecz
filozoficzne. Nauka jako taka, jest zdaniem TNR, niemożliwa, bo metoda naukowa
jest niemożliwa.
Comte, czołowa postać klasycznego pozytywizmu,
twierdził, że istnieje jedna metoda naukowa polegająca na obserwacji zjawisk i
koordynowanie ich przez tworzenie praw, ale zapominał zupełnie, że to
koordynowanie i to tworzenie dokonywane jest zawsze przez poszczególnych
uczonych, czyli poddane subiektywnym decyzjom (aktom woli), czyli nie jest to
„jedna naukowa metoda”, lecz każdy uczony, a nie tylko każda nauka,
ma swoją własną „metodę”, która za każdym doświadczeniem jest inna
i wobec tego nie jest ona „pozytywna”, nie jest „naukowa”. Metoda ma docierać do
przyczyny i skutku, ale tego nie osiąga, bo zawsze badacz lub jego przyrząd
ingeruje w przedmiot badania, a poza tym porządek zakłócany jest zderzeniami z
przypadkowością, czyli z niezależnymi ciągami innych przyczyn i skutków, czy
wręcz nieprzewidywalnymi zdarzeniami bez przyczyny. To samo dotyczy tzw.
procedury Comte’a tzn. stosowania hipotez, dedukowania i sprawdzania
– każdy z punktów tej procedury jest inaczej stosowany przez każdego
innego uczonego, czyli nauka nie jest obiektywną nauką, bo nie ma tu żadnej
„obiektywnej” metody, czy „naukowej” procedury. Za wzór
doskonałej metody naukowej Comte uznaje rozwiniętą i abstrakcyjną matematykę,
naukę rzekomo czysto dedukcyjną, zapomina przy tym jednak, że wszystkie
dedukcje i abstrakcje dokonywane są zgodnie z decyzjami matematyków, a
decyzje te są subiektywnymi aktami woli, czyli nigdy nie są
„naukowe”. Poza tym matematyka i logika to tylko symbole i
narzędzia nauki, a nie nauka. Aby obejść ten problem „filozofia
pozytywna” Comte’a usiłuje stworzyć, krytykowaną przez innych
pozytywistów, mglistą „metodę subiektywną”, która rzekomo jest
również „pozytywna” i jest zdolna osiągnąć syntezę twierdzeń
naukowych zmierzających do zaspokojenia potrzeb, czyli do reorganizacji
społeczeństwa, bo według pozytywizmu ostatecznym celem i potrzebą nauki
jest reorganizacja społeczeństwa. Czyli w istocie nauce chodzi o wyszukiwanie
tzw. „środków zaradczych” służących ujarzmianiu człowieka i
ludzkości. Przeczy to w końcu całej filozofii pozytywnej: Comte wprowadza wizję
państwa „pozytywnego” (wzorując się na Platona koncepcji państwa
filozofów), rządzonego oczywiście przez pozytywistów. Wreszcie tworzy własną
religię, której bożkiem czyni „ludzkość”. Tak jak marksizm,
pozytywizm uznaje świat za coś składającego się wyłącznie z materii i siły (materialistyczne),
ale przyznaje, że nie wie jakie jest pochodzenie tych sił i tej materii i jaka
jest ich istota, czyli pozytywizm staje się automatycznie metafizyką, którą
przecież właśnie chciał znieść – pozytywizm mówi o czymś czego nie zna i
poznać nie może i przyznaje się do tego. Nie ma pojęcia czym jest materia i
czym są siły rządzące tą materią, nie uznaje nic innego poza tymi dwoma
jestestwami i odżegnuje się od dociekania istoty tego co bada. Bada tylko
powierzchowne fakty i zjawiska, – a jednocześnie upiera się, że jest to
NOWA i POZYTYWNA nauka i filozofia. TNR dostrzega w tzw. pozytywizmie wiele
niekonsekwencji.
W poznawaniu występują zawsze dwie strony:
subiektywna i obiektywna, ale, moim zdaniem, nigdy nie zachodzi ich całkowita
zgodność, czyli nigdy nie dochodzi do obiektywnego poznania rzeczy
niebanalnych. Dlatego wg mnie nauka jest odmianą sztuki. Chyba, że twierdzenia
w rodzaju 2x2=4 (a może =5) chcemy nazywać nauką? Mamy tu przyjęte absolutne
punkty odniesienia, a przecież nauka jako taka ma za zadanie ich poszukiwanie i
ich uporządkowanie oraz badania w milionach prawdopodobnych relacji bardziej
skomplikowanych niż banały w rodzaju 2x2=4. Zrutynizowana nauka nie jest w
stanie tego dokonywać, większe pole do popisu ma, moim zdaniem, wiedza (zawsze
ograniczona), inteligencja, instynkt, intuicja, fantazja, artyzm, a nawet
szczypta szaleństwa. Nauka jako taka zakłada obiektywność, a jednocześnie
przyznaje, że osiągnąć go nie jest w stanie. Pozytywizm nie rozpoznaje
obiektywnego świata, ale tylko go przyjmuje, zakłada. Bo przecież hipotezy
naukowe mogą być tylko hipotetyczne, czyli jedynie prawdopodobne. Świat jest
niewątpliwie uporządkowany, prawa nim rządzące są zdeterminowane regułą
przyczyny i skutku, ale porządek ten, zakłócany przerwą pomiędzy
przyczyną i skutkiem, jest niemożliwą do zbadania metafizyczną przypadkowością.
Wg TNR, determinizm przyczyn i skutków jest przeniknięty elementami
niezdeterminowania, które nie podlegają żadnym prawom, bo są wynikiem zderzenia
wielu ciągów przyczyn niezależnych od siebie. Np. każda katastrofa jest
przypadkowa, to nie znaczy, że nie ma przyczyny, odwrotnie, są zawsze co
najmniej dwie przyczyny i następuje nieprzewidywalne i sprzeczne z porządkiem
zderzenie ich ciągów. I właśnie takie nieuporządkowane zderzenie co najmniej
dwóch ciągów przyczyn, lub w ogóle brak przyczyny (np. „piorun z jasnego
nieba”) jest przypadkiem. Wynika z tego twierdzenie, że ani obiektywizm,
ani nauka pozytywna, ani żadna SYNTEZA nauk szczegółowych i wszystkich innych,
nie jest możliwa do osiągnięcia.
Można doszukiwać się tutaj dowodu na skończoność
świata materialnego bytu – byt wieczny nieskończony eliminowałby rozwój
bo eliminowałby przypadkowość. W wiecznym bycie każdy przypadek mimo swych
niezależnych ciągów przyczyn i nieuporządkowanych ich zderzeń, musiałby się
powtarzać w trakcie wieczności, przypadek stawałby się regułą, a rozwój
stawałby się niemożliwy, ponieważ elementy nie-uporządkowania, zdarzenia niby
przypadkowe (bo w ostatecznym rachunku wypływające z ciągle nowego i różnego
„dorabiania” energii i cząstek), są przecież elementami
koniecznymi do rozwoju.
Odkrywamy rozwój i procesualność bytu więc
odkrywamy jego skończoność, jego granice. Fakt stwierdzenia rozwoju jest
dowodem skończoności świata materialnego!
Każda tzw. „nauka” jest szczegółowym
badaniem bytu i bycia, ale przecież już Platon i inni Grecy entuzjastycznie
przejęli NIESŁUSZNE, a słynne twierdzenie Parmenidesa, że „tym
samym jest poznanie i byt” – a to znaczy tyle, że byt jest
zależny od poznającego badacza w takim stopniu w jakim badacz zależny jest od
bytu. Byt pozwala przystępować do siebie, ale tylko w pewnych granicach –
poziom bytu odpowiada poziomowi poznania! Człowiek tęskni do jasności i
ścisłości, do „obiektywnej naukowości” – człowiek chciałby
wiedzieć. Ale niestety widzimy rzeczy nie tyle
takimi jakimi są, lecz raczej takimi, jakimi je widzieć chcemy i
możemy, jakimi poziom naszej wiedzy, zmysłów, rozumu, inteligencji i intuicji
widzieć nam pozwala.
W tęsknocie do osiągnięcia obiektywnej prawdy (i
do władzy) marksiści posuwali się prawie do sakralizacji nauki, z nauki
tworzyli religię. Szybko jednak okazało się, że PYCHA nie popłaca:
skompromitowali tak naukę jak i marksizm. Dziś dokładnie już wiemy, że sprawne
budowanie coraz to nowych i lepszych narzędzi produkcji i konsumpcji, a w
szczególności, że zamiana maczugi na bombę atomową, wcale za
„wartością” nauki nie przemawia i absolutnie nas nie ZBAWIA!
Arystoteles, chociaż bardzo chciał, też nie był
żadnym naukowcem, był wspaniałym artystą, twórcą. Stworzył piękny i wielki
system „naukowy” i „filozoficzny”, stworzył podstawy
języka naukowego, ale był to JEGO system, a nie system „naukowy”,
pozytywny, obiektywny. A z jego niekonsekwencji na temat powstawania i
ginięcia, można by się domyślać, że też nie był wolny od jakichś presji.
11.4. Twierdzenia Gödla a TNR
W roku 1930 Kurt Gödel sformułował dwa twierdzenia
dotyczące właściwości systemów formalnych zawierających arytmetykę liczb
naturalnych.
Pierwsze z nich głosi, że w każdym takim systemie,
nie zawierającym sprzeczności, istnieje zdanie niedowodliwe lecz prawdziwe. A
więc zdanie to jest prawdziwe, ale prawdziwości jego nie da się dowieść w
oparciu o aksjomaty i reguły wnioskowania tego systemu. Nie da się również
dowieść zaprzeczenia owego zdania. Ta własność systemu oznacza, że jest on
niezupełny.
Drugie twierdzenie Gödla głosi, że w ramach systemu
formalnego zawierającego arytmetykę liczb naturalnych nie da się udowodnić
niesprzeczności tego systemu.
Jak stwierdza Stanisław Krajewski:
„Twierdzenie Gödla jest twierdzeniem matematycznym.
Mówi coś o teoriach liczb naturalnych i o matematyce jako całości. Jest
natomiast nieoczywiste, czy ma konsekwencje nie tylko dla filozofii
matematyki, ale i dla innych zagadnień filozoficznych.”
Jest faktem bezspornym, że odkrycie Gödla ujawniło
własność matematyki, która dotychczas z matematyką nie była łączona. Otóż
okazało się, że całość matematyki nie stanowi zupełnego systemu formalnego. A
więc ogół twierdzeń matematycznych tworzących system formalny, którym jest
matematyka, albo zawiera sprzeczność, albo też nie da się udowodnić w ramach
tego sytemu wszystkich twierdzeń tworzących system. Oznacza to, że w przypadku
niesprzeczności matematyki, muszą istnieć w jej ramach twierdzenia, których
prawdziwość wynika ze źródeł pozamatematycznych – innych niż formalne,
algorytmiczne. Tym samym niemożliwa okazuje się być żadna matematyczna teoria
uniwersalna.
Mało tego, okazało się, że nie ma matematycznego
sposobu wykazania niesprzeczności teorii matematycznej. Tę niesprzeczność można
co najwyżej zakładać, przyjmować na wiarę. Jest to o tyle istotne, że
wewnętrzna sprzeczność teorii była dla filozofów od zawsze elementem
dyskwalifikującym teorię. Matematyka stanowiła wzorzec ścisłości nauki i
wzorzec absolutnie pewnego poznania, wzorzec, którym mierzono wartość innych
dziedzin wiedzy. Oczywiście niesprzeczność tego wzorca nie ulegała żadnej
wątpliwości i zdawała się wypływać z jego istoty. Tymczasem Gödel pokazał, że
tak nie jest.
Gdyby prawdziwość wszystkich twierdzeń
matematycznych i niesprzeczność samej matematyki możliwa była do udowodnienia
bez wychodzenia poza matematykę, oznaczałoby to, że ta sformalizowana i
zalgorytmizowana procedura jest możliwa do przeprowadzenia przez komputer
– czyli sztuczną inteligencję przetwarzającą informację właśnie w sposób
sformalizowany i algorytmiczny. Jeśli jednak istnieją prawdy matematyczne
nieuchwytne dla procedur sformalizowanych, matematyka okazuje się być dziedziną
swoistej twórczości, która nie może się obyć bez niedyskursywnej intuicji
człowieka.
Oczywiście matematyczne wykazanie, że matematyka nie
jest ideałem wiedzy absolutnej nie oznacza, że przestała ona być najpewniejszym
i najbardziej jednoznacznym, najwyraźniejszym systemem idei z jakim człowiek
może mieć do czynienia. Tym samym w dalszym ciągu może pełnić rolę wzorca
poznania pewnego i jasnego.
Znaczenie twierdzeń Gödla jest więc przez niektórych
ograniczane wyłącznie do przedmiotu, do którego się odnosi, a więc do
„systemów formalnych (sformalizowanych teorii) zawierających arytmetykę
liczb naturalnych”. Oznacza to, że nie można twierdzeń Gödla stosować do
teorii niesformalizowanych, a kryteria formalizacji w oczywisty sposób nie są
spełniane przez żadną teorię w potocznym znaczeniu tego słowa. Stanisław
Krajewski pisze: „Stosowanie twierdzenia Gödla do dowolnych systemów, od
naukowych i prawniczych poprzez biologiczne i społeczne do systemów ujmujących
całość rzeczywistości nie jest uzasadnione”.
A w podsumowaniu swojej monografii poświęconej
twierdzeniom Gödla stwierdza kategorycznie: Twierdzenie Gödla samo przez się
nie rozstrzyga żadnych sporów filozoficznych.
W przeciwieństwie do Krajewskiego, inni przypisują
twierdzeniom Gödla głębię znaczenia, która nie ogranicza się tylko do obszaru
matematyki. Wypada jednak zauważyć, że w gruncie rzeczy są to zabiegi
polegające na nadawaniu dalszych znaczeń formułom z definicji jednoznacznym.
Wartość owych zabiegów jest problematyczna, ponieważ przy ich pomocy dowodzi
się twierdzeń, które swą prawomocność powinny czerpać ze źródeł stosownych
dziedzinom w obrębie których funkcjonują.
TNR nie zamierza powielać postmodernistycznych
błędów i wspierać swej wizji rzeczywistości przez wskazywanie jako
matematycznych dowodów TNR licznych analogii jakie występują pomiędzy nią a
poGödlowskim obrazem matematyki. Oczywiście takie analogie widoczne są już na
pierwszy rzut oka. Po pierwsze: rola jaką metodologia TNR przypisuje
filozoficznej intuicji niezbędnej do uchwycenia treści „pojęć
pierwotnych” tworzących zrąb aksjomatyczny TNR. Po drugie: niezupełność
TNR, która nie pretenduje do roli żadnej absolutnej i ostatecznej, nieomylnej
teorii, lecz otwarcie wskazuje na swe ograniczenia, które sprawiają, że jest
tylko kolejną próbą zgłębienia złożoności Wszechświata. Po trzecie: konieczność
dopełnienia prezentowanej przez nas teorii przez wszechstronne, ale przede
wszystkim indywidualne doświadczenie każdego z Czytelników.
Oczywiście te analogie nie są żadnym odkryciem TNR
lecz zwyczajną skromnością poznawczą jaka winna cechować każdego, kto z pomocą
teorii pragnie zgłębić nieprzeniknioną tajemnicę rzeczywistości. Skromnością,
która nakazuje nie tylko uznanie ograniczeń własnej teorii, ale i szacunek dla
wszelkiej myśli innej, nowatorskiej i odbiegającej od utartych szlaków.
Istnieje jednak praca Gödla, która wydaje się mieć znaczenie dla TNR. Chodzi
mianowicie o Gödlowskie rozwinięcie teorii względności Einsteina. Konstruując
matematyczne modele kosmologiczne będące możliwymi rozwiązaniami równań
Einsteina, Gödel otrzymywał rezultaty potwierdzające iluzoryczność względności
czasu i przestrzeni, która redukuje się do lokalnych, zamkniętych pętli, a więc
nie ma charakteru globalnego. Tak więc Gödel w oparciu o narzędzia matematyczne
wyprowadzał z teorii Einsteina wnioski zaprzeczające tej teorii i argumentował,
że zmiana jest iluzją, subiektywnym złudzeniem.
Tym samym wskazywał, że Einsteinowska względność
czasu sprowadza się do iluzoryczności zmiany. Ten wniosek nie jest wcale
popularny wśród współczesnych fizyków, jest natomiast jednym z twierdzeń TNR.
Dla TNR fizyka relatywistyczna jest jeszcze jedną z form ontologii Parmenidesa.
Wydaje się więc być interesujące, że idea głoszona przez outsidera nie
związanego z akademickimi koteriami znajduje potwierdzenie u logika uznawanego
za największy autorytet od czasów Arystotelesa.
Wiele filozoficznych poglądów Goedla opisana przez
Krajewskiego jest zgodna z tezami TNR: „w świecie jest porządek i
celowość”, „wszystko ma swoją rację”, „wszystko ma
sens”, wiedza jest tylko prawdopodobna, ale trzeba unikać sceptycyzmu, a
kultywować optymizm. „Metoda aksjomatyczna ma zostać użyta w metafizyce.
W tym celu należy wyodrębnić właściwe pojęcia pierwotne. One istnieją i niejako
czekają aż zostaną odkryte. Ich podstawowe własności będą aksjomatami. Te
prawdziwe aksjomaty powinny implikować całą wiedzę (sciens) a priori.”
Nie do przecenienia są według Goedla uniwersalność obserwacji,
„zuchwałość” i „nagłe olśnienia”.
Wszystkie te przekonania Goedla i wiele innych są, w miarę możliwości,
zrealizowane w TNR.
11.6. Nauka i interesy nienaukowe.
Jak wielkie interesy finansowe mogą się kryć za
nauką i wpływać na życie naukowe, publiczne i gospodarcze całych wielkich
narodów pozwoliłem sobie pokazać czytelnikowi korzystając z książki Stevena
Weinberga pt. „Sen o teorii ostatecznej”.
Z przykładu tego wynika potwierdzenie tezy, że nauka
akademicka to zwyczajna działalność komercyjna, a wobec tego jej język
powinien być powszechnie zrozumiały, a pierwszą zasadą jej
„kompetencji”, jak zresztą każdej kompetencji, musi być morale.
Podając akurat ten przykład, broń Boże, nie kwestionuję absolutnie kompetencji
(ani oczywiście morale) tego autora, lecz chcę podkreślić wielkie znaczenie
powszechnej i łatwej dostępności wyników działalności naukowej i filozoficznej.
Śmiem twierdzić, że każda sensowna idea filozoficzna ma olbrzymie znaczenie
dla całej ludzkości i powinna być dostępna szerokiemu ogółowi w jak
najłatwiejszym języku, czyli po prostu w języku potocznym.
Takim właśnie językiem Steven Weinberg
opisuje dzieje stworzonego przez swoja grupę „interesów naukowych”
projektu budowy potężnego akceleratora długości 85 kilometrów,
ulokowanego w podziemnym tunelu. Koszt budowy był wyliczany wstępnie na 8
miliardów dolarów, prace zostały już prawie zatwierdzone, na wstępne
przygotowania budowy wydatkowano już z budżetu USA 2 miliardy dolarów.
Ostateczne wykonanie na pewno kosztowałoby wiele więcej, z tym że inwestycja
obliczona była na kilka lat (wszystko działo się w latach 1986 – 1992).
Steven Weinberg jako jeden z najpoważniejszych fizyków amerykańskich i czołowy
twórca projektu akceleratora, był kilkakrotnie przesłuchiwany przez różne komisje
Kongresu i Senatu USA. Ostatecznie projekt upadł i został skreślony z
inwestycji budżetu. Jednym z głównych celów projektowanego akceleratora miała
być możliwość wyjaśnienia „mechanizmu łamania symetrii
elektrosłabej”.
A oto jak Steven Weinberg opisuje nadzieje związane
z projektowaną budową: „Za pomocą Superakceleratora można byłoby zapewne
odkryć wiele zjawisk hipotetycznych: cząstki wewnątrz kwarków, dowolne cząstki
spośród superpartnerów znanych obecnie cząstek, których istnienie przewidują
teorie supersymetryczne, oddziaływania związane z nowymi symetriami
wewnętrznymi, i tak dalej. Nie wiemy, czy takie cząstki i oddziaływania
istnieją, a jeśli tak, to czy rzeczywiście zdołalibyśmy je odkryć z pomocą
Superakceleratora. Jest zatem bardzo ważne, że możemy z góry liczyć na
przynajmniej jedno ważne odkrycie, mianowicie wyjaśnienie mechanizmu łamania
symetrii elektrosłabej.”
Cytuję te sformułowania, aby uzmysłowić sobie i
czytelnikom, jak fizyka przywiązana jest do idei SYMETRII. Przykro mi, że nie
wybudowali w końcu tego akceleratora, bo gdyby tak się stało i mimo to Weinberg
i cała ta grupa nie zdołaliby odkryć wyjaśnienia mechanizmu łamania symetrii
elektrosłabej, może „poszli by po rozum do głowy” i zrozumieli, że
żadnego takiego wyjaśnienia nie ma, bo mechanizm łamania symetrii elektrosłabej
(i nie tylko), jest po prostu normalnym stanem rzeczy, że wszelkie siły
powstają dzięki asymetrii. A właściwie nie jest mi przykro, bo wtedy to
Weinberg doszedł by na pewno do mego odkrycia definicji siły: przyczyną
sprawczą siły jest asymetria. ASYMETRIA JEST SIŁĄ. Właściwie asymetrię jako
siłę pierwszy w SZTUCE odkrył chyba Pablo Picasso i został jej mistrzem.
Powinno się może strawestować jego powiedzenie: „Sztuka jest kłamstwem
pozwalającym nam przeczuć prawdę, a przynajmniej tę, którą jest nam dane
pojąć.” na: „Nauka jest kłamstwem pozwalającym nam przeczuwać
prawdę, przynajmniej tę, jaką jest nam dane pojąć.”
Na przykładzie niezrealizowanego eksperymentu
Weinberga widać, w jaki sposób konwencje naukowe wiążą się finansowymi
uwarunkowaniami konkretnych programów badawczych. Zbyt śmiałe i nowatorskie
idee nie mają szans powodzenia, kiedy zależą od politycznych decydentów
myślących w sposób konwencjonalny. Weinberg motywował wysokie koszty swego
eksperymentu w sposób niezrozumiały dla polityków. Zapewne, gdyby wspomniał o
jakimś nowym rodzaju superbomby atomowej lub wojen gwiezdnych, otrzymałby
stosowne finanse. Cóż jednak począć gdy program badawczy nie tylko nie zakłada
idei oddziaływań symetrycznych i antagonistycznych, lecz asymetryczne i
nieantagonistyczne? Przecież taki program badawczy w żaden sposób nie przyczyni
się do wzrostu światowych antagonizmów! A więc jest skrajnie niepraktyczny dla
tych, którzy zainteresowani są produkcją nowych rodzajów broni. Jak widać
program badawczy, jeśli ma być zrealizowany musi być sformułowany po myśli i
według myśli finansistów! Jak w takim razie nauka tworzyć ma nowe sposoby
myślenia o świecie, kiedy jest skrajnie uzależniona od ludzi myślących po
staremu?
Nauka aby była nauką musi być wolna, naukowcy
powinni mieć swobodę myśli i słowa, a tymczasem tak nauka jak i jej nawet
najznakomitsi przedstawiciele są całkowicie podporządkowani UŻYTECZNOŚCI i
WŁADZY. Ich myśli i dzieła muszą odpowiadać „standardom naukowym”,
czyli w praktyce, poprawności politycznej i obyczajowej. Ktoś kto się wyłamuje
z takiej formuły po prostu nie jest tolerowany na „salonach”, a
jego myśl lub prace, nawet jak są „dobre” są po prostu odrzucane.
BEZ DYSKUSJI. A wobec „malutkich” outsiderów, nawet brutalnie
wyśmiewane. Żeby nie być gołosłownym pozwolę sobie powtórzyć, przytaczane już w
tym tekście dwa głośne przykłady.
Pierwszym przykładem są losy tzw. teorii stanu
stacjonarnego (o ewolucyjnym dorabianiu materii) wypracowanej w 1948 r. przez
dwóch Austriaków Hermana Bondiego i Thomasa Golda oraz Brytyjczyka Freda
Hoyle’a, którego: „punktem wyjścia było założenie, iż w miarę jak
galaktyki oddalają się od siebie, w pustych obszarach stale powstają nowe,
zbudowane z nowej, ciągle tworzonej materii. (…)Teoria stanu
stacjonarnego wymagała odpowiedniej zmiany teorii względności, by możliwe stało
się ciągłe tworzenie materii”
Teoria „stacjonarna” wymagała chyba nie
zmiany lecz odrzucenia teorii Einsteina. Nie odrzucono jej jednak i nie
zmieniono, a natomiast odrzucono teorię stanu stacjonarnego, mimo że określano
ją jako „dobrą” i użyteczną. Teoria stanu stacjonarnego jest
sprzeczna z zasadniczą zasadą ZACHOWANIA materii, energii i dlatego została
„odrzucona’. Michał Heller też opisuje tą teorię, ale też nie
wspomina co było merytoryczną przyczyną jej „odrzucenia”.
Drugi przykład podaje Michał Heller cytuje
kosmologicznego oponenta ogólnej teorii względności E.A. Milne’a, który
między innymi napisał: „Fizycy matematyczni, przypisując strukturę
przestrzeni, przywracając strukturę temu, co jest bez struktury, w
rzeczywistości z powrotem wprowadzili eter!” Heller
dodaje: „Jego zdaniem przestrzeń nie ma żadnej struktury, a zatem nie
może się ani rozszerzać, ani kurczyć. Jest „nicością”, w której
umieszczona jest materia” (dokładnie to samo mówi TNR). To są dwa
przykłady „naukowej” cenzury, bezpośrednio dotyczące niebytu TNR i
dlatego przeze mnie wychwycone, ale to tylko czubek góry lodowej.
Werner Heisenberg twórca zasady nieoznaczoności,
czyli można powiedzieć klasyk teorii kwantu napisał w „Fizyka a
filozofia”: „(…) ostateczna ocena wartości poszczególnych
prac naukowych, rozstrzygnięcie, co jest słuszne, co zaś błędne, nie zależy w
tych naukach od autorytetu żadnego człowieka. (…) Istnieją ostateczne i
obiektywne kryteria, decydujące o prawdziwości twierdzeń naukowych. (…) a
wyroki feruje nie ta lub inna grupa uczonych, lecz sama przyroda.”
Według mnie, jest to tylko myślenie życzeniowe, co
zresztą przyznaje sam Heisenberg wzmiankując, że na ten „werdykt przyrody”
trzeba czekać czasem dziesiątki, a nawet setki lat. Dzisiaj, tak jak i zawsze,
co jest słuszne, a co błędne, czyli co warto opublikować, a co nie (cenzura),
decydują ludzie posiadający władzę rzekomo „naukową”, a faktycznie
finansową i polityczną.
Keith Tutt w swojej książce pt. „W
poszukiwaniu nieograniczonej energii. Naukowe opowieści o zazdrości, geniuszu i
elektryczności” – opowiada o wielu autentycznych wielkich
wynalazcach szukających sposobów ujarzmienia „darmowej”,
„kosmicznej” energii (które to poszukiwania są potwierdzeniem mojej
tezy, że „siła tworzy siłę”) m.in. przytacza fakty o wspólnocie
chrześcijańskiej Methernithy (120 osób) osiadłej wysoko w Alpach, która
skonstruowała prądnicę wytwarzającą prąd bez żadnego zasilania z zewnątrz. Takie
ich maszyny, małe i większe, pracują od wielu lat, ale wspólnota odmawia
opatentowania wynalazku (Thesta-Distatica) i zdradzenia na jakiej zasadzie ta
prądnica pracuje, tak jak kilku innych takich wynalazców. W konkluzji tej
historii Tutt pisze: „Wielu naukowcom, którzy zastanawiają się, jaki
skutek może przynieść istnienie podobnej technologii, trudno
zaakceptować fakt, że technologia pochodzi nie ze
środowiska uniwersyteckiego, że jest dziełem słabo wykształconego
wynalazcy, a jednocześnie mogłaby stać się lekarstwem na światowy kryzys
energetyczny. Byłoby dużo milej, gdyby całość okazała się oszustwem, bądź
pomyłką. Odpowiedź stałaby się prosta, moglibyśmy więc wrócić do normalności.
Zniknęło by napięcie, jakie obecnie wiąże się z Thesta-Distatica. Moglibyśmy
się odprężyć. (…)Dziś Paul Baumann (główny wynalazca, zegarmistrz) i
wspólnota Methernitha prowadzą dalsze (nienaukowe) prace nad większymi
prądnicami – zapewne czekają, aż ludzkość okaże się czymś więcej niż
tylko zwykłymi ludźmi.”
Chyba szczególnie chodzi im o naukowców.
Prawa nauki z natury rzeczy mają charakter
hipotetyczny, ale w praktyce głoszone są jako zdania kategoryczne i
wykorzystywane są jak świętości do panowania w świecie naukowym. Teoria
Wielkiego Wybuchu („dobre” obyczaje naukowe nakazują pisanie tej
nazwy dużymi literami) chociaż przybrana w szatę matematyczną, ma charakter
teologiczny i magiczny, a naukowcy piszą i mówią o niej jako o oczywistym
fakcie i stosują jako kryterium słuszności poglądów, a nawet wyznania wiary.
Kto nie wierzy, czy nawet powątpiewa w „prawa naukowe”, ten musi
się obawiać i wszyscy panicznie się boją zrobienia błędu. Kto się nie
boi, ten nagrody nie dostanie i może stracić pracę. Racjonalność nakazuje nie
tylko odpowiedzialność za myśli, ale i powstrzymywanie się od myślenia
niezależnego wszędzie tam gdzie myśli takie i ich wysławianie nie będą
respektowane. Czyli obowiązuje zakaz myślenia, a szczególnie jasnego myślenia,
(np. że 2x2 = 4), bo władza i użyteczność nie akceptuje niezależności. TNR
przynosi nowy i całkowicie odmienny od obowiązującego obraz świata, powinna być
oczywiście zbadana, zamiast tego, jest zwyczajnie odrzucana.
Dialogi z przedstawicielami nauki
Aby przybliżyć sobie problemy mikro-świata i
kosmologii (czyli metafizyczne, bo źródłem, czy bazą metafizyki jest fizyka i
nauki pokrewne) nie tylko z książek, próbowałem, na zasadach komercyjnych,
nawiązać osobiste kontakty z ludźmi zajmującymi się na co dzień nauką, fizyką,
filozofią, religią. Dałem nawet w tym duchu chyba z dziesięć ogłoszeń w
poczytnej gazecie. Myślałem, że w czasach bezrobocia i nędznych zarobków
naukowców, łatwo znajdę współpracowników, ale się bardzo myliłem. Na dziesięć
ogłoszeń w ogólnokrajowej gazecie dostałem tylko z 10 – 15 ofert i w
końcu prawie żadnej konstruktywnej pomocy. Fizyków zgłosiło się chyba z pięciu,
ale właściwie tylko po to by przedstawić mi swoje systemy nie akceptowane, lub
wręcz odrzucane przez władze „naukowe”. Wszyscy się wstydzili i
obawiali współpracy z „chłopskim filozofem” co wymyśla „niebyt”
i „nieantagonizm”. Większość w duchu wyśmiewała moje pomysły, a
niektórzy stosowali uderzenia poniżej pasa.
„Niebyt”? Jako kategoria
materialistyczna? Człowieku, od tysięcy lat wiadomo, że żadnego niebytu nie
ma” – i na tym koniec dyskusji. W czasie wieloletniego pisania tej
książki miałem setki takich śmiesznych, ale i wielce dramatycznych
„przygód” z intelektualistami różnych stopni naukowych, od
studentów i magistrów, poprzez doktorów, aż do profesorów.
„Panie Kowalczyk, pan to nazywa teorią? Co to
za teoria? Do teorii to jeszcze wiele Panu brakuje!”
– a ja na to: „Szanowny Panie, a co to
jest „teoria” i co tej mojej brakuje? Proszę uprzejmie mi wskazać,
podać regułę, abym mógł ją uzupełnić ?” – ale odpowiedzi nie
dostaję i dyskurs się kończy.
„Panie, Panie, czyś Pan na głowę upadł, nie
jest Pan żadnym fizykiem, nie ma Pan pojęcia o fizyce, co się Pan fizyków
czepia?”
– „Proszę wybaczyć, faktycznie nie
jestem fizykiem, i zadaję pytania metafizyczne, ale ja chcę po prostu trochę
lepiej zrozumieć skąd się wziąłem – zresztą Einstein pół życia był nisko
uposażonym urzędnikiem celnym, a dzisiaj jest sławiony jako największy w
dziejach fizyk” – no i znów koniec korespondencji.
A oto fragmenty wymiany zdań z jedynym
korespondentem dostrzegającym sensowność samego stawiania pytania:
Mój list do Pana Marka: „Moim zdaniem,
ci którzy z języka „naukowego” (matematyka i inne języki
analityczne itp.) robią „cuda”, z najprostszych równań wyciągają
nieskończone konsekwencje – jak np. wypadek opisany przeze mnie:
przestawienie znaków przez Hawkinga, które odwraca rzeczywistość na czas
urojony i odwrotnie (i likwiduje „osobliwości”) – Ci ludzie
są nowoczesnymi szamanami, którzy w ten świadomy sposób chcą dominować i
panować nie tylko nad szarym człowiekiem posługującym się językiem naturalnym,
ale usiłują i chcą panować nad przyrodą – ale PRZYRODA nie da się oszukać
– twierdzenie, że 2x2 = prawdopodobnie 4 lub prawdopodobnie 5 –
jest np. dla mnie nie do przyjęcia, bo ja, tak jak i przyroda wiem, że 2x2
=4.”
Odpowiedź Pana Marka: „Omawiałem cząstkę,
jako najbardziej skondensowaną i „materialną” część. Z energią, którą
można poczytywać jako „rozproszoną” (to znów tylko moja przenośnia)
formę materii, jest jeszcze gorzej. Co do języka: Powstał on rzeczywiście w
obcowaniu z przyrodą. Ale przez te tysiące lat, gdy powstawał, ludzie nie mieli
pojęcia o fizyce kwantowej. Kiedy teraz powstanie spójny i oddający prawdę
opis? Znowu nie wiem! Może to właśnie jedna z naszych ról, m.in. Pana i moja?
Ile szans na sukces? A w fizyce kwantowej podstawowe prawa w rodzaju 2x2=4
przestały, ku zadziwieniu, zgorszeniu i rozdrażnieniu nie mniejszemu niż Pańskie,
funkcjonować. Tam nie ma już żadnej oczywistości. I cóż ja mogę na to
poradzić? Tam są tylko amplitudy prawdopodobieństw. I żadnych konkretów!!!”
Mój list: „Dziękuję za jeszcze jeden
wykład z Sokratesa „wiem, że nic nie wiem”, ale mnie to nie
zadawala, jak Pan zdążył już chyba zauważyć. Wykład zresztą nie na temat
rozpoczęty bo to jest wykład na temat cząstki a ja szukam wykładu na temat
nieciągłości energii a ostatnio również na temat nieciągłości czasu i
przestrzeni – jak widzę w świecie tzw. nauki fizyki obowiązuje mentalność
intelektualistów, którym bardzo trudno przychodzi przyznać ze 2 x 2 = 4 i
którzy ze wszystkiego zrobią szaradę (powołując się na matematykę) –
jeśli byłoby to możliwe to niech Pan będzie uprzejmy szukać mi nadal wykładu na
temat obowiązującej naukowej interpretacji nieciągłości – a propos języka
to też można na niego wszystko zwalić, ale wcale tak nie jest, że język fizyka
musi być niezrozumiały dla potocznego języka, bo język jako taki pochodzi i
kształtuje się na skutek bezpośredniego kontaktu człowieka z przyrodą, czyli
język potoczny pochodzi „z przyrody” i jak by się chciało to na
pewno można tym językiem przyrodę opisywać – takie jest zdanie człowieka,
dla którego oczywistością jest, że 2 x 2 = 4.
Odpowiedź: „No i znów wchodzimy na
bardzo grząski grunt. Ta zwykła interpretacja nieciągłości to taka, jak ją
odczuwamy intuicyjnie. Czyli coś jest, pomiędzy czegoś nie ma… i powstaje
NIC. Tak naprawdę jednak w mikroświecie jest z zupełnie inaczej. Jak naprawdę
jest, to nikt nie wie, o czym już niejednokrotnie pisałem.
I tu proszę naprawdę wziąć coś ciężkiego i rzucić o
ścianę, bo sprawy są dla każdego (również dla największych fizyków –
chociaż nieczęsto dają o tym znać) niezwykle denerwujące. Nie ma języka, którym
by się to dało opisać.(…) Ja chyba nie będę mógł dalej z Panem
korespondować i wyszukiwać tego, o co Pan prosi, bo:
Strasznie Pana wkurzają moje odpowiedzi; a co ja
mogę poradzić, gdy innych nie ma?
Natrząsa się Pan i wyzywa ludzi nauki od szamanów,
którzy zrobili spisek, by wszystko pokomplikować. Jeśli i ich (oprócz masonów,
Żydów i komunistów) również wciągniemy w Wszechświatowy spisek zorganizowany na
zgubę porządnych ludzi, to komu mamy już wierzyć? To oczywiście żartem, ale
przecież tak nie można! Jeśli Pan jest przekonany, że wszystko, co fizyka
wymyśliła to stek bzdur i błazeństw, którym nie warto poświęcić chwili uwagi,
to proszę o tym wszystkim zapomnieć i stworzyć sobie własny świat pozbawiony
elektryczności, komputerów i lotów międzygwiezdnych. Bo to z tych głupot się
wzięło.
A teraz próbuję jeszcze raz na poważnie. Pojęcia
ciągłości i nieciągłości w sensie potocznym znaczą to, co wszyscy wiemy. I
definicji takich pojęć w encyklopediach nie ma. Gdy mamy na myśli jednak
ciągłość w sensie naukowym znowu wkraczamy na teren (znienawidzonej już przez
Pana) matematyki. W przesłanym za chwilę mailu znajdzie Pan załącznik z hasłem
ciągłość i nieciągłość z „Encyclopaedia Britannica”. Jak Pan
zauważy są to pojęcia definiowane na gruncie matematyki i nawet gdybym je dla
Pana przetłumaczył, o co nietrudno, to i tak nie zbliżyło by to Pana, jak
podejrzewam, do takiego ich określenia, które można by było wykorzystać w
Pańskiej argumentacji. Chciałbym podkreślić, że szukałem w różnych źródłach i
to co przesyłam jest jeszcze najbardziej strawne.
To samo dotyczy interwału. W sensie potocznym
oznacza to po prostu „odstęp, przerwę” (również w muzyce), ale w
nauce pojawia się w teorii względności (w tekście odpowiedni fragment
zaznaczony na czerwono) i znów, jak widać z załączonej strony, definiowane jest
na gruncie matematyki. Ta strona wzięta jest z encyklopedii znajdującej się na
witrynie „www.onet.pl” w Internecie, gdzie warto również pogrzebać.
Piszę tyle i cały czas myślę jak Panu pomóc. Na
razie nie znajduję sposobów.”
„Tak naprawdę jednak w mikroświecie jest z
zupełnie inaczej. Jak naprawdę jest, to nikt nie wie, o czym już
niejednokrotnie pisałem.” – pisze do mnie Pan Marek, czyli
twierdzi, że w mikroświecie jest zupełnie inaczej, ale jak jest to nie wiadomo
– no to skąd wiadomo, że jest inaczej? – O żadnym spisku, Żydach
masonach słowa nie napisałem, ale jestem oskarżony.
Mam znajomego, od dwudziestu lat profesora, jest
fizykiem i filozofem. W pewnej chwili zwróciłem się do niego by przejrzał mi tą
moją rozprawę. Obiecał, że tak, oczywiście, że zrobi i wypunktuje zastrzeżenia.
Po upływie roku znów go zaatakowałem. Poprosił o nową wersję tekstu. Wysłałem i
przez następny rok ani nie wspomniał o moim projekcie tej książki, mimo że
byliśmy w ciągłym kontakcie w innych sprawach. Wobec tego ja też nic już nie
wspominałem.
Gdy tekst był gotowy wysłałem go do jednego ze
znanych i kompetentnych profesorów filozofii nauki, z prośbą o recenzję.
Profesor przysłał krótkiego życzliwego maila, że nie ma czasu i odsyła tekst do
innego kompetentnego profesora. Potem odesłał mi tekst i poradził bym wysłał go
do jeszcze innego, bardziej kompetentnego profesora, bo oni nie mają czasu. Ten
najbardziej kompetentny ksiądz profesor, najpierw napisał cały długi list, ale
właściwie nic nie zawierający poza niechęcią do jakiegoś „niebytu”
i informacją, że nie ma czasu. Ja mu na to, że Księże Profesorze, ksiądz ma
asystentów, studentów, ja zapłacę za ich pracę, ksiądz nie musi przecież tego
osobiście robić, trzy czy cztery listy wysłałem w tym duchu. Długo nic, już
myślałem, że żadnej odpowiedzi nie jestem godny. Wreszcie jest odpowiedź:
„nie rozchodzi się o żadne honoraria, ale o czas. I nie tylko. Ten
tekst nie nadaje się do publikacji. Opis tak bardzo odbiega od naukowych
standardów, że nie da się go poprawić, opiera się na nie zrozumieniu fizyki.
Oczywiście ma Pan prawo starać się o jego opublikowanie na własną
odpowiedzialność. I wyrazy ubolewania.” Ja mu na to, że wcale mi nie jest
przykro, bo się cieszę, że w ogóle odpowiedź dostałem, bo bałem się, że żadnej
nie dostanę i podobnej się spodziewałem – ale ciekawy jestem czy
Ksiądz Profesor rozumie fizykę?
Dlaczego ośmielam się zadać słynnemu księdzu
profesorowi takie „głupie” pytanie? Bo oto co pisze Steven
Weinberg: „Przyznaję jednak, że czuję się nieco niezręcznie, przez całe
życie korzystając z teorii, której nikt w pełni nie zrozumiał (…).”
proszę się dobrze zastanowić nad tym, co on pisze. Całe życie pracuje, a nikt w
pełni nie zrozumiał przedmiotowej teorii! Na wcześniejszej stronie tej książki
jest jeszcze ciekawsze opowiadanie, jak zdolny młody fizyk złamał sobie karierę
(pewno zwariował, albo wyrzucili go ze środowiska naukowego), bo …
próbował zrozumieć teorię fizyczną którą uprawiał. I w chwilach szczerości oni
wszyscy przyznają się do tego, że w końcu nic nie rozumieją. I ja mam szacunek
dla takich pokornych i odważnych naukowców mających tyle odwagi i piszących
prawdę o swojej niewiedzy! A ja nie jestem fizykiem i nie piszę teorii
fizycznej, naukowej, lecz narrację filozoficzną i metafizyczną, teorię bytu i
twierdzę, że nie muszę wcale fizyki znać i rozumieć.
Właściwie stwierdzenie uczonego autorytetu, że mój
opis nie nadaje się do poprawienia, powinienem uważać za pozytywny, bo to
znaczy, że nie ma w nim błędów i sprzeczności. Tylko, że ten mój łańcuch
założeń i wniosków przewraca świat naukowy do góry nogami i gdyby go przyjąć za
dobrą monetę, trzeba by dotychczas utajone parametry niebytu wprowadzać do wszystkich
teorii, a to kłopot nie z tej ziemi i strasznie dużo roboty – więc
najprościej, nowy opis rzeczywistości po prostu odrzucić, jako że autor teorii
bytu „nie rozumie fizyki”. „Tekst nie nadaje się do
publikacji”, ale „ma Pan prawo opublikować na własną
odpowiedzialność”. Więc w końcu nadaje się do publikacji, czy się nie
nadaje? Ja prosiłem o recenzję, a nie o przyjmowanie odpowiedzialności.
Przecież każdy kto coś publikuje, czyni to na własną odpowiedzialność. Ja
rozumiem, że trudno jest przyjąć idee jaskrawo różniące się od powszechnie
przyjętych, nie popadając w konflikt z elitą naukowców, a nawet społeczeństwa,
ale uczony i na dodatek ksiądz, powinien mieć odwagę dążyć przede wszystkim do
uczciwości intelektualnej. Czyli tym bardziej zrobienie recenzji powinien
zarządzić swoim asystentom czy studentom. Recenzja bardzo by mi pomogła, bo
zmusiłaby mnie do poprawy opisu, lub zaniechania jego publikacji. Zmuszenie
mnie do publikacji bez jakiejkolwiek recenzji, to moim zdaniem, też cios
poniżej pasa, ani nauce, ani społeczeństwu nie służący.
Słynny amerykański fizyk noblista Richard P.
Feynman, pisze: „Nie przejmuję się tym, że istnieją rzeczy nienaukowe.
Taki jest nasz piękny świat. To znaczy nie budzi moich obaw fakt, że coś jest
nienaukowe. W tym, że jest nienaukowe, nie ma nic złego. To żaden problem. Po
prostu jest nienaukowe. TO, CO NAUKOWE, OGRANICZA SIĘ OCZYWIŚCIE DO TEGO, O
CZYM MOŻEMY ORZEKAĆ NA PODSTAWIE PRÓB I BŁĘDÓW.(…)W fizyce teoretycznej
trzeba to uznać za regułę: niezależnie od tego, co facet wymyśli, prawie zawsze
jest to nieprawdą Dlatego w historii fizyki było 5 czy 10 teorii, które okazały
się prawdziwe. Tych właśnie poszukujemy. Nie oznacza to, że wszystko jest
fałszywe. Musimy jedynie każdą rzecz sprawdzać.”
Czy kompetentni „specjaliści” mają wobec
tego prawo bez uzasadnienia, czyli bez „orzekania na podstawie prób i
błędów” i „sprawdzenia” określać moją TNR jako nienaukową i
odrzucać nawet prośbę o jej recenzję?
W gazecie przeczytałem duży artykuł o wielkich
osiągnięciach fizyków polskich zajmujących się kwantową teorią mikro-świata i
wzmianki o nieciągłości energii i podobno ostatnio odkrytych kwantach (czyli
nieciągłości), czasu i przestrzeni. Pomyślałem, że tu mogę wiele wyjaśnić i
wysłałem do jednego z autorów maila, to chyba jest dosyć ciekawe, więc
przytoczę całą korespondencję:
List do fizyka: „W grudniu opublikował
Pan w „Rzeczpospolitej” artykuł, w którym znalazłem bardzo krótką
wzmiankę o ostatnich odkryciach nieciągłości czasu i przestrzeni – czy i
gdzie mógłbym znaleźć dokładniejsze dane na ten temat? Jestem bardzo
zainteresowany albowiem kończę pisanie pracy pt. „Nieantagonistyczna
teoria rozwoju – zarys ontologii – niebyt” i teorie kwantu i
nieciągłość energii kwalifikuję jako naukowy empiryczny dowód istnienia NIEBYTU
– pozwalam sobie załączyć krótki wyciąg z mojej rozprawy i byłbym bardzo
wdzięczny za ustosunkowanie się Pana do mojej interpretacji” Do w/w maila
dołączyłem następujący fragment mego tekstu:
TNR obejmuje zjawiska mikro i makroświata jednolitym
i niezmienniczym prawem przyrody rządzącym materią, tj. prawem konieczności
dążenia do równowagi i zachowywania
równowagi względnej. Jest to wyrażona językiem potocznym idea symetrii matematycznej. Własności tej
jakiejś asymetrii ujawniając drgania, czyli częstotliwość porcjowania energii
(kwant) muszą dotyczyć przede wszystkim bytu (materii = energii) i przestrzeni
absolutnej (próżni = niebytu). Symetria (postulowana już przez Platona) musi
być przy tym prawdziwą symetrią, a to znaczy, że nauki zajmujące się prawami
przyrody muszą przywiązywać jednakową wagę do badania zdarzenia (drgania), jak
i do interwału (odstępu) pomiędzy tymi zdarzeniami. Z tego co wiemy, fizyka
współczesna zajęta jest wyłącznie zdarzeniami, ustaliła np. jednostkę energii,
kwant, tzw. stałą Plancka, nie zajmuje się natomiast wcale odstępami między
zdarzeniami, czyli nieciągłością energii. A ta nieciągłość jest dla mnie
dowodem istnienia niebytu. Zdaniem TNR właśnie w mikroświecie, czyli w
najmniejszych obszarach czasoprzestrzeni zachodzą najważniejsze procesy
powstawania olbrzymich energii przekształcającej się w cząstki elementarne, z
których następnie powstają różnego rodzaju struktury zachowujące odkrytą i
opisaną przez TNR funkcje prawdopodobnej drogi do bytu, czyli poprzez materię
niezrównoważoną i przeciwieństwa, do równowagi względnej esencji bytu. Ta droga
rozwoju (informacja, potencjalność, czyli sposobność i możliwość, możność i
aktualizacja) dzieje się zawsze w czasie i przestrzeni, czyli w
czasoprzestrzeni, ale czasoprzestrzeni określanej przez nieskończony i
absolutny niebyt. Nasz opis teorii mikro i makro procesów materii jest w
zasadzie deterministyczny, bo wyznaczanym jestestwom celem jest idealna
równowaga, ale ponieważ w bycie jest ona nieosiągalna, teoria nasza jest
indeterministyczna i probabilistyczna (uprawdopodobniona). Czyli, moim zdaniem,
TNR traktująca o całości Wszechświata, nie tylko spokrewniona jest z opisami
teorii kwantów, lecz zachodzą między nimi wzajemne oddziaływania. Mechanika
kwantów opisująca procesy zachodzące w mikroświecie jest w rzeczywistości
częścią naszego, filozoficznego pojmowania Wszechświata.
Dominującą w dzisiejszej fizyce atomowej jest teoria
kwantów, a zasadniczym odkryciem tej teorii jest fakt emitowania przez
oscylator (źródło) energii jedynie „kwantami” (porcjami), a więc w
sposób nieciągły. „Interpretacja ta głosiła, że światło składa się z
kwantów energii poruszających się w przestrzeni”.
Teoria kwantów, chociaż o ile wiemy, jak dotychczas
tego nie wypowiedziała, najzwyczajniej w świecie empirycznie stwierdza, moim
zdaniem, niebyt, głosząc elementy nieciągłości energii, „wszędzie (wg.
tej teorii) dające się stwierdzić za pomocą obserwacji”. A więc
teoria kwantów kontestuje teorię bytu Parmenidesa, który twierdził, jak
czytaliśmy to w poprzednich rozdziałach, że „byt jest ciągły, bo każda
przerwa byłaby niebytem”. Teoria kwantów twierdzi, że element
nieciągłości „przejawia się wszędzie w fizyce atomowej” a
szczególnie jasno „występuje przy przechodzeniu od tego co możliwe, do
tego, co rzeczywiste. To samo mówi TNR: możliwa jest aktualizacja możności,
czyli jakichś cząstek (a+b+c) w przeciwieństwo (+d=P1) i następnie w istotę
bytu (równowagę względną: P1 <> P2), możliwy jest, czy prawdopodobny (w
języku teorii kwantów), akt bytu, ale nie musi się wcale stać, bo jest możliwy
również rozkład i powrót „materii niezrównoważonej” do niebytu.
Jest dla mnie niezwykle ciekawym pytaniem, jak teoria kwantów interpretuje
stwierdzanie przez siebie nieciągłości energii (a więc materii), znając
przecież teorię Parmenidesa, ale mimo starań nie zdołałem tego znaleźć w
dostępnych materiałach. TNR stwierdza istnienie niebytu i nieciągłość energii
jest dla nas oczywista. Teoria kwantów stwierdza i obserwuje nieciągłość, ale o
niebycie, czy próżni absolutnej ani nie wspomni.
I dostałem następującą odpowiedź:
Odpowiedź fizyka: „Wkracza Pan na
bardzo grząski grunt. Nie bardzo wiem jak Panu pomoc (szczególnie, że nie wiem,
co to ma być za praca – magisterska? na jakim wydziale? itp). Obawiam
się, że to co pan pisze nie odpowiada ani wiedzy fizycznej, ani refleksji
filozoficznej nad teorią kwantów. Jeśli chodzi o tę pierwszą mogę Panu polecić
książki:
L. Smolin: Trzy drogi do kwantowej grawitacji CiS
2001 i Życie Wszechświata, Amber 1999
R. Penrose Nowy umysł cesarza, PWN 1996
Davies et. al, Duch w atomie, CiS, 1996
Poza tym może Pan zajrzeć do archiwum http://plato.stanford.edu/ (Stanford Encyclopedia
of Philosophy) i poczytać artykuły nt. quantum theory, gdzie znajdzie Pan również
wiele linków.
Jeśli chodzi o Pana tekst, nie wiem, co oznacza TNR,
a poza tym, co do tego wszystkiego ma Parmenides? co to znaczy
„empiryczny dowód istnienia NIEBYTU”? To brzmi jak empiryczny dowód
istnienia Boga!
List do fizyka: „Proszę wybaczyć, że
wysyłając pierwszego maila nie przedstawiłem się dokładnie – jestem
całkowicie niezależnym myślicielem, (spoza układów akademickich) autorem
książki Nieantagonistyczna Teoria Rozwoju – Ideologia Ofiar, Wydanie
Własne, Frankfurt/Main 1989,
a teraz skończyłem pisać zarys ontologii w/w myśli (TNR)
– książka popularno filozoficzna ma być w najbliższym czasie wydana przez
małe wydawnictwo i całkowicie na moją odpowiedzialność – na ten, jak Pan
był uprzejmy zauważyć, grząski grunt wkroczyłem już bardzo dawno (mam 75 lat)
– moje myśli formułuję w konwencji ontologii materialistycznej, ale
oczywiście nie do końca, (zasada nieantagonistycznego sposobu bycia bytu,
niebyt, ewolucyjne powstawanie Wszechświata czyli ciągłe dorabianie materii i
wszelkie konsekwencje) zawarte w tym opisie faktycznie odbiegają od
obowiązujących standardów naukowych, zawarte w tej książce są oczywiście
niesłychanie kontrowersyjne, co przecież nie znaczy, że muszą być niesłuszne
– jedną z głównych ról mojego opisu ma kategoria „niebytu”
jako przeciwieństwa bytu, który traktuję i na wiele sposobów udowadniam jako
realnie istniejące jestestwo wcale nie negujące lecz odwrotnie afirmujące byt
– KWANT jako porcja energii=materii, a właściwie interwał, oddzielający
kwanty, jest dla mnie naukowym (empirycznym) dowodem istnienia niebytu –
interwał jest dla mnie niebytem, bo czymże innym być może? Mój opis nie sięga
BOGA, który jest przecież nie pojmowalny, na wyższym poziomie ponad
„rzeczywistością”, która jest u mnie równowagą względną bytu i
niebytu – Parmenides ma z tym tyle wspólnego, że dowodził ciągłości bytu
i twierdził, że każda nieciągłość byłaby niebytem, a więc teoria kwantu obala
teorię bytu Parmenidesa: „byt jest, niebytu nie ma” – Jestem
Panu bardzo wdzięczny za chociaż tą cząstkową odpowiedź, ale bardzo ciekaw
jestem czym dla FIZYKI jest interwał pomiędzy kwantami energii? czym są przerwy
między zdarzeniami? bo jeśli energia, czas i przestrzeń nie są ciągłe, to i
zdarzenie, a więc przedmiot badań fizyki, nie jest ciągłe. Będę niezmiernie wdzięczny
za krótką o tym informację, bo moja książka idzie właśnie do drukarni i może
mógłbym jeszcze kilka zdań dodać lub zmienić.
Po tym mailu była dosyć długa przerwa i moje
przypomnienie:
List do fizyka: „Opublikował Pan
artykuł, a więc zaciągnął Pan zobowiązania wobec czytelników. Czy ja nie
dostanę odpowiedzi na zadane pytanie? Heisenberg pisał już 40 lat temu w
„Fizyka A Filozofia” (str. 143), w swojej polemice ze
Schroedingerem, o braku kontrpropozycji wobec zwykłej interpretacji elementu
nieciągłości – a ja nie mogę się nigdzie doszukać, jaka jest ta
„zwykła interpretacja” elementu nieciągłości stwierdzanej wszędzie
za pomocą obserwacji i dlatego pozwoliłem sobie spytać Pana o nią?
Materia=energia jest nieciągła, jest przerywana, czym jest przerywana, czym
jest ten interwał pomiędzy kwantami? Bardzo proszę w miarę jak najprościej i
najkrócej odpowiedzieć mi na to pytanie – bez żadnych zobowiązań przecież
– jest Pan naukowcem, czy Pan się boi ujawnić obcemu człowiekowi swoją
„prywatną” lub oficjalną naukową interpretację czegoś co jest znane
od 40 lat?
Odpowiedź fizyka: „Niestety nie wiem
jak mogę Panu pomóc. Nie mam pojęcia o co chodzi w „braku kontrpropozycji
wobec zwykłej interpretacji elementu nieciągłości”. To, że coś jest
nieciągłe nie oznacza, że jest czymś przerywane. Jeśli mogę coś zasugerować, to
proponowałbym, aby przestał się Pan głowić nad interpretacją tego, co napisał
Heisenberg, a poświęcił się lekturom książek, które Panu przekazałem. Istnieje
cała wielka literatura poświęcona podstawom pojęciowym fizyki kwantowej, ale
Heisenberg nie jest najlepszym (a na pewno bardzo przestarzałym) punktem
wyjścia. Proponuję, żeby zajrzał Pan do encyklopedii stanfordzkiej po więcej
informacji.
List do fizyka: „Dziękuję, rozumiem, że
interpretacja nieciągłości jest taka, że nieciągłe nie oznacza że jest czymś
przerywane – czyli co oznacza? Normalnie oznacza że jest przerwane
– dziękuję za wskazówki co i gdzie szukać”.
No i tak, chciałem się dowiedzieć, jaka jest
„zwykła” fizyczna interpretacja nieciągłości energii, no i się
dowiedziałem, że „to co jest nieciągłe, nie oznacza, że jest czymś
przerywane”, czyli że nieciągłe nie jest nieciągłe, ale jak to może być,
że nieciągłe, czyli przerywane, mogło być nie przerywane, tego się nie
dowiedziałem. I co to jest interwał (przerwa) wg. nich, a oto mi chodziło, też
się nie dowiedziałem. Profesor, dr. habilitowany, nie rozumie co to znaczy
„empiryczny dowód istnienia NIEBYTU”? i wymiguje się oczywiście
(deux ex machina) podejrzeniem, czy czasem nie chodzi mi o Boga? Dowiedziałem
się, że Heisenberg jest przestarzały i powinienem studiować nowsze
„biblie”. Jak to może być, że Heisenberg, twórca zasady
nieokreśloności, na której cała teoria kwantu się opierała, jest przestarzały,
a teoria kwantu starsza od Heisenberga o 50 lat nie jest przestarzała. Tylko że
tak odsyłać „do kolegi” to zawsze można, i jak ja się powołam na
Penrose’a, czy Davies’a, to będzie można zalecić mi studiowanie
Einsteina, Openheimera, czy Tellera. A ja prosiłem o wyjaśnienie słów
artykułu tegoż uczonego. I się w końcu dowiedziałem, że nieciągłe to nie jest
nieciągłe. 2x2=5, jak jest użyteczne, to dlaczego nie? No, ale teoria
kwantu mówi o emitowaniu energii porcjami, czyli kwantami, czyli że energia
jest nieciągła i trudno będzie pozbawić świata elementu nieciągłości i pustki,
czyli niebytu. Chyba, że kwantową teorię uzna się za dobrą, ale odrzuconą.
Takich i podobnych przygód miałem z nauką i uczonymi
wiele. Polska nauka jest wybitnie konserwatywna i zasklepiona w swej kastowości
personalnej. Na bardzo liczne prośby o recenzję mej pracy od wszystkich
naukowców otrzymałem odmowę tłumaczoną brakiem czasu, tylko i może dlatego, że
jeden już zaopiniował: ten tekst jest nienaukowy, nie nadający się poprawić i
publikować.
Marne, widzę, widoki na jakiekolwiek
„zaistnienie” mojej teorii, ale książkę postanowiłem opublikować.
Może za sto lat ktoś ją odkryje i myśli w niej zawarte, wykorzysta. Ku chwale
nie tyle człowieka, co PRZYRODY, a może naukowcy zagraniczni znajdą coś
wartościowego w moich hipotezach i wnioskach. Bo np. Paul K. Feyerabend w pracy
pt. „Przeciw Metodzie”, w której eksponuje zasadę „NIC
ŚWIĘTEGO”, oraz twierdzi, że „może istnieć wiele różnych
rodzajów nauki” i wobec tego nauka „przestaje być narzędziem
badań, a staje się (polityczną grupą nacisku”, pisze: „Dążenie do
poszerzenia wolności, do prowadzenia życia pełnego, i dającego zadowolenie,
oraz korespondujące z nim usiłowanie odkrycia tajemnic natury i człowieka,
pociąga więc odrzucenie wszelkich uniwersalnych standardów i wszelkich sztywnych
tradycji. (Naturalnie pociąga to również odrzucenie dużej części współczesnej
nauki.(…) Nauka jest zasadniczo przedsięwzięciem anarchistycznym,
anarchizm teoretyczny jest bardziej ludzki i w większym stopniu sprzyja
postępowi niż koncepcje doń alternatywne akcentujące prawa i porządek”
Feyerabend
jako motto umieszcza stwierdzenie BRECHTA: „Ordnung ist heutzutage
meistens dort wo nichts ist.” (Porządek jest tam, gdzie nic nie
ma) i rozwija tę konstatację na 300 stronicach pracy.