5.3. Byt Arystotelesa
Byt Arystotelesa ma znaczenie różnorodne,
wieloznaczne, ponad rodzajowe, i ponad gatunkowe – jest powszechnikiem
bardzo ogólnym, ALE zawsze w ścisłej relacji do pojęcia metafizycznego jeszcze
bardziej ogólnego o nazwie SUBSTANCJA! Bardziej ogólnego, bo myśliciel
ustanawia dziewięć kategorii bytów, a tylko trzy poziomy pojęcia substancji,
które znów ma wiele odcieni znaczeniowych. Z drugiej strony, gdyby pojęcie
substancji było bardziej ogólne niż pojęcie bytu, to musiałyby istnieć
substancje, które nie są bytami, a o takich u Arystotelesa nie wspomina. Jest w
tym ujęciu bytu – jeśli ja je zgodnie z myślą Stagiryty formułuję, pewna
sprzeczność – byt jest ponad gatunkowy, ponad rodzajowy, jest pojęciem
powszechnym i ogólnym, ALE w relacji, czyli jest podporządkowany –
SUBSTANCJI. Jednocześnie pomiędzy pojęciami bytu i substancji zachodzi stosunek
równoważności zakresów: „jeżeli substancja każdej rzeczy jest jedna i to
nie akcydentalnie, i jest bytem rzeczywiście istniejącym, wobec tego musi być
dokładnie tyle gatunków Bytu ile jest gatunków Jedności.”
„Jedność” to przecież właśnie substancja. Wszystkie kategorie bytu
powiązane są relacją do substancji, których znów jest wiele zależnych od
różnych okoliczności lub właściwości, chociaż w zasadzie ustala trzy rodzaje
substancji, dwie materialne i jedną nie podlegającą ruchowi. Aby ustalić
dokładnie czym jest ta substancja, zarówno Arystoteles, jak i jego komentatorzy
wiele piszą i wyjaśniają, ale sprawa staje się tym bardziej skomplikowana.
Często też w omówieniach i podręcznikach o tym „skomplikowaniu”
materii badawczej się wspomina. Byty mają znaczenie bytów i nazywają się
bytami, są wielością bytową, bo wszystkie te przedmioty podlegają rzekomo tej
samej definicji: substancją są konkretne rzeczy, samoistne byty o ogólnych
własnościach wspólnych dla tej definicji, rzeczy złożone z materii i formy w
„jedność”. Ale ta definicja nie jest prostą jasną regułą, bo
substancją są wg. Stagiryty „rzeczy zmysłowe” – czyli MATERIA
w określonej FORMIE złożona w jedność konkretnym połączeniem, które to
połączenie jest oddzielnym aktem zwanym synolonem. Z jednej strony substancja
to całość określonej i uformowanej materii. MATERIA, FORMA, synolon (nie przez
wszystkich komentatorów wymieniany) ma być substancją. Ale następnie okazuje
się, że każdy z tych elementów oddzielnie też jest substancją lub ma w sobie
więcej lub mniej „substancjonalności”. Powstają HIERARCHIE. Materia
jest substancją najsłabszą, synolon (akt jedności materii i formy) staje się
substancją wyższego rzędu i FORMA substancją rzędu najwyższego. Stagiryta
tworzy jeszcze inne hierarchie substancji, a następnie, poprzez CZAS (definicja czasu: „liczenia zmiany
w odniesieniu do przedtem i potem”) i RUCH (czyli poprzez teorie aktu i
możności – akt jest wcześniejszy od możności) Arystoteles dochodzi do
NIEBA i wielości substancji lub substancjonalności z nieba się wywodzących.
Jego niebo i obiekty na nim nie były już złożone z ziemskich elementów
tradycyjnych żywiołów (pierwiastków), czyli z OGNIA – POWIETRZA –
WODY – ZIEMI, lecz były to ciała proste, których tworzywem był
„piąty pierwiastek”, wieczny i niezniszczalny, ale jednak będący w
ruchu. Ruch planet, Słońca i Księżyca, pochodzi od ruchu gwiazd, a ruch gwiazd
ma zaś swą przyczynę w Pierwszym Poruszycielu. „(…) jest coś, co
porusza jako nieporuszone, co jest wieczne, substancją i aktem czystym”.
Pierwszy Poruszyciel jest interpretowany jako ośrodek energetyczny świata. Było
przeto coś co wprawiało je w ruch, chociaż te byty niebiańskie były AKTAMI
czystymi, nieruchomymi – był, bo musiał być, bo była taka konieczność,
akt najczystszy i najprostszy: nieruchomy PIERWSZY PORUSZYCIEL. W ten sposób
Arystoteles, pierwszy genialny „naukowiec”, który zerwał z religią
i religijnymi MITAMI i stworzył SYSTEM „materialistycznej wiedzy”,
znalazł konieczność Boga. Moim zdaniem Arystoteles był genialnym ARTYSTĄ, który
dotarł jednak do BOGA, chociaż „Pierwszego Poruszyciela” nigdy
Bogiem nie nazywał. Ale jego Bóg jest też pełen sprzeczności – jest
czystą myślą, ale nie wie nic o świecie, którego „poruszenia”
dokonał, czyli nie wie co myśli, bo myśli tylko o sobie, ale jest pełen
MIŁOŚCI. (Mówili Grecy, że miłość to tęsknota do wyższych form istnienia i więzi
między ludźmi, PHILIA, miłość braterska, przyjaźń, lub CARITAS, miłość będąca
poświęceniem dla dobra innych ludzi; Grecy nazywali ją AGAPE). Więc BÓG jest
pełen miłości tylko nie wiadomo do kogo, jest nieruchomym Pierwszym
Poruszycielem, ale nie wie co porusza, bo jego myśl dotyczy wyłącznie siebie.
Poruszył tylko jeden element – byt pierwszego nieba – i wprawił
świat w ruch, bo następnie wszystko idzie samoczynnie, jeden element porusza
drugi, drugi trzeci i tak w nieskończoność. Poruszył tylko BYT, a o niebycie
„zapomniał”, a w każdym razie odżegnuje się od niego. Ale nie do
końca, bo RUCH i CZAS Pierwszy Poruszyciel poruszył poprzez SPRZECZNOŚĆ
pomiędzy możnością a aktem w bycie – które są sobie przeciwstawne –
możność jest jeszcze „NIE-AKTEM”, a więc NIE-BYTEM aktu, a więc
niebytem bycia bytu – między bytem zaś i niebytem istnieje
„sprzeczność” – przeciwstawność zwana sprzecznością –
czyli PRZECIWIEŃSTWO ANTAGONISTYCZNE – (takie ustanawianie
„ruchu” przetrwało do Hegla – i trwa do dzisiaj. Wg. Hegla byt
czysty i prosty jest jednocześnie niebytem, czyli swym przeciwieństwem, a ta
sprzeczność w sobie „rozwiązuje się” stawając się – czyli
negując się, niszcząc się.) Wynika z tego, że gdy naukowiec, filozof, prorok,
nie miał żadnego lepszego pomysłu artystycznego, (np. nieantagonizmu
przeciwieństw) chwytał się „sprzeczności” i wchodził nawet w
kolizję z zasadą niesprzeczności. Arystoteles w tym wypadku, tworząc teorię
„możności i aktu” miał do czynienia z NIEBYTEM, pomimo przyjęcia
tezy Parmenidesa „byt jest, a niebytu nie ma”.
Arystoteles, wg. mnie, stwierdza, że rzeczywistość
jest zbiorem określonych substancji. Substancja jest samoistnym bytem, czymś
jednym i oddzielnym, konkretnym. Czyli rzeczywistość jest zapełniona bytami,
określonymi istotowo swoimi własnościami ogólnymi wynikającymi z definicji i
własnościami jednostkowymi, czyli przypadłościami. Pomiędzy substancją i bytem
wg. tej interpretacji można postawić znak równości. Byt składa się z materii i
formy. Postać istotowa bytu określa podmiot (podłoże) tego określenia. Czyli
najpierw jest podmiot następnie określany istotowo. Tym podmiotem, podłożem
jest tworzywo, czyli „materia pierwsza”, tak przez Arystotelesa
nazywana. „Materia pierwsza” na skutek określenia jej przez postać
istotową staje się substancją i bytem, bo na skutek przyjęcia istoty czyli
formy urzeczywistnia się AKT tej materii, czyli jej dokonanie, złączenie
(synolon). Wcześniej, przed przyjęciem postaci istotowej, „materia
pierwsza” była tylko MOŻNOŚCIĄ (bierną), z której rozwinąć się mogły
nawet wszystkie postacie istotowe, czyli wszystkie akty bytu, wszystkie
substancje. I teraz komentator i tłumacz ksiązki pt. „Arystoteles –
O powstawaniu i ginięciu” pisze to, czego następnie wcale nie uwzględnia:
„Arystoteles przyznaje, że istnienia
„materii pierwszej” nie można udowodnić ani przez bezpośrednie
doświadczenie, ani przez wnioskowanie, które by wychodziło z przesłanek
empirycznych, gdyż „materia pierwsza” jako taka, czyli jako czysta
możność, ani nie może być przedmiotem doświadczenia zmysłowego, ani nawet NIE MOŻE ISTNIEĆ”.
(Podkreślenie moje)
Czyli „materia pierwsza” nie jest żadną
materią, jest nazwana „materią pierwszą”, ale nie jest żadną
materią, jest czystą możnością (wg. TNR siłą bierną, idealnie zrównoważoną,
niebytem), czego komentatorzy nie zauważają, lub nie chcą zauważyć. Do pojęcia
„materii pierwszej” dochodzi się przez analogię: jak bowiem drewno
jest tworzywem, które przyjmując na przykład kształt łóżka staje się łóżkiem,
tak „materia pierwsza” przyjmując postać istotową (formę) staje się
substancją (bytem), ta zaś z kolei jest podłożem, czyli podmiotem własności
dodatkowych, czyli przypadłości. A więc podmiotem z którego powstaje substancja
jest „coś” co nie może istnieć, czyli coś czego materialnie nie ma,
co nie zawiera materii. „Materia pierwsza” nie jest tworzywem
materialnym, tworzywo dopiero z niej powstaje. Rzeczywista materia powstaje z
„materii pierwszej”, która nie jest materią, nie jest ciałem, nie
jest rzeczą, ani substancją, ani bytem. Co to może być? Tylko niebyt.
NICOŚĆ. Ale komentatorzy nie chcą tego zauważyć.
Arystoteles mówi, że materia pierwsza jest
możnością, czyli tym, co może i być i nie być czymkolwiek.
Być tym, co może nie być czymkolwiek.
Wobec takiej sytuacji wszystkie dalsze spekulacje
autora wprowadzenia do książki Arystotelesa pt. „O Powstawaniu i
ginięciu” są jak najbardziej nieuprawnione.
„Arystoteles uważa za rzecz oczywistą, że w
przyrodzie jedne rzeczy powstają inne zaś niszczeją. Powstawanie zaś jest
początkiem istnienia czegoś, co przedtem nie istniało, niszczenie zaś jest
końcem istnienia czegoś, co przedtem istniało. Jednakże byt, który powstaje,
nie powstaje z czystego niebytu, ani byt, który niszczeje, nie obraca się w
czysty niebyt. Powstawanie bowiem i niszczenie jest właściwe bytom, które są
złożone z materii i formy, a przeto powstawanie polega na tym, że w tworzywie
materii pierwszej urzeczywistnia się forma, czyli postać istotowa bytu
powstającego, niszczenie natomiast polega na tym, że w tworzywie materii
pierwszej ginie postać istotowa bytu niszczejącego.”
Jest to interpretacja absolutnie niezgodna z tym co
ustaliliśmy wcześniej. „Materia pierwsza” nie posiada postaci
istotowej, a więc nie może ona w niej ginąć.
Arystoteles odróżniał powstawanie w znaczeniu
właściwym, czyli zupełnemu, od powstawania czy raczej stawania się częściowego,
czyli stawania się pod pewnym względem i przeciwstawia sobie te dwie fazy
rozwoju bytu – a autor tego komentarza nie bierze tego zasadniczego faktu
pod uwagę.
„Materia pierwsza” nie jest tworzywem
złożonym z materii i formy, jest czystą możnością, jest czymś co materialnie
nie istnieje. „Powstawanie” nie jest „właściwe” bytom,
które są złożone z materii i formy, bo to są już byty, które już powstały i
dalszy ich rozwój, jest tylko ZMIANĄ (ruchem), jest rozwojem złożoności, a nie
„powstawaniem”. Powstaniem to jest właśnie ten bezpośredni skok w
stan BYCIA ze stanu NIE BYCIA i ten skok tworzy dopiero złożoność
„materii i formy”. Widzieliśmy jak wg. Arystotelesa powstaje substancja:
„czysta możność” („materia pierwsza”) nabywa istotę i
to jest ten skok, to jest powstanie bytu.
„(…) przy powstawaniu i niszczeniu nie
ma przechodzenia przez stopnie pośrednie między nie być i być, w wypadku
powstawania, lub między być i nie być, w wypadku niszczenia”
Gdy byt złożony już jest z materii i formy,
przeistaczanie się go jest przechodzeniem przez stopnie pośrednie, bo jest po
prostu nabywaniem NOWEJ FORMY.
„Postać istotowa bytu powstającego może się
urzeczywistnić w danej części materii pierwszej tylko przez unicestwienie
postaci istotowej bytu niszczejącego, postać istotowa bytu niszczejącego może
być unicestwiona tylko przez urzeczywistnienie postaci istotowej bytu
powstającego.(…) „Materia pierwsza” jest niepodzielna i nie
ma żadnych części, ani postaci istotowej – ten fragment interpretacji
może się odnosić do „substancji” i bytu już istniejącego, a nie do
materii pierwszej, i opisuje nie „powstawanie” bytu, lecz jego
przeistaczanie, przeformowanie. „Dzieje się przeto tak, jak gdyby postać
istotowa jednego bytu ustępowała miejsca postaci istotowej drugiego”
– i oczywiście tak właśnie się dzieje i błędny jest zarówno wcześniejszy
opis, jak i dalszy wniosek komentatora, że:
„Wszakże postać istotowa bytu powstającego nie
przychodzi do materii pierwszej od zewnątrz, lecz wyłania się ze stanu możności
materii pierwszej, postać zaś istotowa bytu niszczejącego nie odchodzi w
nicość, lecz wraca do stanu możności materii pierwszej (…)”
bo, jak poprzednio czytaliśmy, Arystoteles pisze coś
przeciwnego:
„(…) w materii pierwszej są wszystkie
postacie istotowe w MOŻNOŚCI. Inaczej mówiąc, materia pierwsza jest możnością,
lecz jedynie MOŻNOŚCIĄ BIERNĄ. Oprócz możności biernej jest również możność
czynna, która przysługuje nie tworzywu, lecz przyczynie, która zdolna jest urzeczywistnić
w tworzywie odpowiedni akt.”
Czyli możność jest czystą możnością co znaczy, że
nie ma nic wspólnego z „postacią istotową”, dopiero ją
„nabywa” i czytaliśmy, że jest „jedynie możnością
bierną” (możność czynna przysługuje tylko przyczynie), a więc postacie
istotowe muszą pochodzić z zewnątrz i wracać na zewnątrz, czyli przychodzą i
odchodzą w nicość – bo przecież „materia pierwsza” jako taka,
czyli czysta możność, „(…)ani nawet nie może istnieć”,
czyli jest nicością.
Formalnie i ogólnie Arystoteles trzymał się
powszechnie wtedy i DZISIAJ obowiązujących dogmatów, że „byt jest, a
niebytu nie ma” i że „z niebytu nie może powstać byt” i pisał
nawet w ten sposób, ale jednocześnie w szczegółach wyłamywał się z tej
konwencji. Trzeba tylko CHCIEĆ to zauważyć, na dowód pozwolę sobie przytoczyć
jeszcze następujące cytaty z jego dzieła „O powstawaniu i
ginięciu”:
„A teraz zaś trzeba krótko powiedzieć, że w
pewnym znaczeniu (rzeczy) powstają z prostego niebytu, w innym natomiast
znaczeniu z czegoś, co istnieje zawsze.” ,
„(…) a ponadto, czego się ciągle
obawiali pierwsi filozofowie – powstawanie (musiałoby polegać na
wyłanianiu się ) z uprzedniego niebytu.”
„Arystoteles nie wymienia imion tych
filozofów. Wszyscy oni wyraźnie lub domyślnie przyjmowali zasadę, że byt nie
powstaje z niebytu, gdyż bez takiego założenia filozofia nie mogłaby się
zacząć. (A niby dlaczego? pytanie autora TNR) Empedokles tak wyraził tę
zasadę: „Nie może bowiem coś powstawać z czegoś, czego zupełnie nie ma
– i jest niemożliwe i niesłychane by to, co jest, zginęło” .
„Wypada przeto zająć się w miarę możności tymi
sprawami, a mianowicie, co sprawia, że powstawanie dokonuje się ustawicznie, i
to powstawanie w znaczeniu właściwym jak też powstawanie pod pewnym
względem”
Z tych słów Arystotelesa wynika, że był on
protoplastą TNR, która twierdzi, że powstawanie dokonuje się ustawicznie i to
powstawanie w znaczeniu właściwym, czyli że ustawicznie powstaje byt z niebytu.
Co sprawia, że tak się dzieje? Niestety Arystoteles nic więcej na ten temat nie
napisał, czyli nie zajął się „tymi sprawami” i dopiero TNR się tym
zajmuje i odkrywa, że tą przyczyną „co sprawia, że powstawanie dokonuje
się ustawicznie” jest ASYMETRIA
ISTOTY BYTU, czyli równowaga względna przeciwieństw.
„Powstawaniu w znaczeniu właściwym, czyli
zupełnemu, Arystoteles przeciwstawia powstawanie czy raczej stawanie się
częściowe, czyli stawanie się pod pewnym względem”.
Tutaj komentator zauważył i rozróżnił wreszcie
podstawową myśl filozofa, ale nie wyciągnął z tego żadnych konsekwencji.
„(…) co jest przyczyną tego, że
powstawanie jest czymś ciągłym, skoro, to co niszczeje odchodzi w niebyt,
niebyt zaś jest nicością? Niebyt bowiem nie jest ani czymś, ani jakimś, ani tak
a tak dużym, ani gdzieś. Skoro więc zawsze coś z bytów niszczeje, to dlaczego
właściwie wszechbyt nie uległ dawno zagładzie i nie zniknął, jeżeli właśnie to,
z czego każde z powstających powstaje, było ograniczone? Nie dlatego więc, że
to z czego powstaje, jest nieograniczone, wszechbyt nie ulega wyczerpaniu. To
bowiem jest niedorzeczne. Nic bowiem nie jest nieskończone w dokonaniu, jest
natomiast nieskończone w możności (…)”
„Nie ma zaiste żadnego znaczenia, czy
przyjmiemy te, czy inne tego rodzaju pary.(…) Przechodzenie przeto w
niebyt w znaczeniu właściwym jest niszczeniem w znaczeniu właściwym,
przechodzenie natomiast do bytu w znaczeniu właściwym jest powstawaniem w
znaczeniu właściwym”.
A te powyższe dwa cytaty z „Powstawania i
ginięcia” Arystotelesa TNR mógłby żywcem, jota w jotę, powtarzać jako
swoje dociekania.
„(…) powstawanie jest drogą od
nieistnienia do istnienia. I ten byt powstaje po prostu, który otrzymuje
takie istnienie, które nie jest uzależnione od innego istnienia. To bowiem co
istnieje, nie staje się. Dlatego to co już jest, nie może powstawać po prostu.
Te przeto byty, których istnienie jest uzależnione od innego istnienia, nie
powstają po prostu, lecz jedynie pod pewnym względem.”
Wszystkie wyżej podane cytaty z Arystotelesa
„O powstawaniu i ginięciu” dowodzą, że Arystoteles wiedział co pisze,
a pisał o istnieniu niebytu i powstawaniu bytu z niebytu, ale poddawał się
obowiązującemu dogmatowi Parmenidesa o nieistnieniu niebytu, a komentatorzy nie
chcą tego widzieć, zasłaniając się skomplikowaną materią badawczą.
Fakt i sposób istnienia świata kwestionuje dogmaty
„niebytu nie ma” i „z niebytu nie może powstać byt”.
Trudność polega na teoretycznym wyjaśnieniu procesu wyłaniania się bytu z
niebytu. Pokazać, czy tylko pomyśleć, jak to się dzieje, oto jest sztuka. Ale
sztuki te są przecież dobrze znane: chociażby dzisiaj trzy powszechnie
obowiązujące:
BÓG i AKT STWORZENIA,
„Pierwsza Przyczyna” (Nieruchomy
Poruszyciel),
„Wielki Wybuch”, w którym załamują się
wszelkie zasady i teorie fizyki.
Przecież wszystkie te opisy mówią o powstaniu bytu z
niebytu. Tylko żadnej z nich nie można zaliczyć do realizmu krytycznego, są to
opowiadania o cudach. Dopiero TNR jest racjonalnym opisem powstawania świata.
Pierwszą ZASADĄ BYTU i PRZYCZYNĄ miała być w
metafizyce Arystotelesa relacja bytów
(poprzez materię i formę) z SUBSTANCJĄ i substancja jako taka, ale tworząc
wiele kategorii bytu i wiele hierarchii substancji, oraz zakładając
„sprzeczność” bytu i niebytu, Arystoteles pogubił, wg. mnie, i
zasadę i przyczynę. W ten sposób ontologia Arystotelesa staje się, moim
zdaniem, ambiwalentna, czy nawet nieczytelna.
Wiele elementów ontologii Arystotelesa można by
pogodzić z teorią bytu TNR, np. gdyby podstawić pod „substancję”,
nasze pojęcie, „RÓWNOWAGĘ względną esencji” i uczynić ją jedyną
zasadą i przyczyną. Bardzo wiele z jego teorii bytu pasowałoby jak ulał do TNR,
no ale trzeba by uhonorować „byciem” NIEBYT (pustkę, wieczność,
bezruch), a BYT uszczęśliwić nieantagonizmem.
„Nauki” Arystotelesa ulepszane w
szczegółach, ale nie zmienione w zasadniczych jego stwierdzeniach przetrwały do
dzisiaj, szczególnie w tomizmie, hegliźmie i następnie w marksizmie, który z
kolei przenika wieloma kanałami do liberalizmu i postmodernizmu. Jeden z
profesorów filozofii napisał mi, że nie można „obalić” Parmenidesa
(ani marksizmu), bo w filozofii egzystują nawet kompletni idioci – moim
jednak zdaniem, można udowodnić, że 2x2=4 i można wyrażać przekonanie, że kicz
jest kiczem, a dzieło sztuki jest DZIEŁEM SZTUKI. W każdym razie trzeba
próbować oddzielać ziarno od plew, i nie tylko „trzeba”, ale należy
to do naszych obowiązków.
Tak przedstawia się w dużym skrócie ontologia
Arystotelesa.